Przyznaję bez bicia - Warszawa ssie. I przyznaję z małym zawstydzeniem - Warszawa absolutnie daje się lubić (co więcej, w takie dni jak dzisiaj, jest prze-pię-kna!).
Przypomniałam sobie, że zdarzyło mi się kiedyś popełnić pracę na temat Krakowa w muzyce ("słynni bardowie są tylko w Krakowie"). Kurcze... to jest fascynujące, jakie miasto jest w muzyce? Jaka muzyka jest w mieście?
Przypomniałam sobie, że zdarzyło mi się kiedyś popełnić pracę na temat Krakowa w muzyce ("słynni bardowie są tylko w Krakowie"). Kurcze... to jest fascynujące, jakie miasto jest w muzyce? Jaka muzyka jest w mieście?
W Krakowie mamy plac Paula McCartney'a, W Gdańsku skwer Czesława Niemena, w Sopocie plac Radiowej Trójki, w Warszawie ulicę Johna Lennona.
Kraków to dla mnie chłopaki z gitarami na Floriańskiej, kwartet cyganów popierdalających na akordeonach pod Mariackim (kiedyś jeszcze dwójka uroczych dzieciaczków ze skrzypcami w oświeceniowych strojach... które już dziś pewnie się w te ciuszki nie mieszczą), krakowianie u wlotu i wylotu Grodzkiej (a po środku pan kastrat pod Świętym Andrzejem) etc. etc.
W Gdańsku większość muzyków przesiadywała pod kolejnymi bramami prowadzącymi z nad Motławy na starówkę. I jeszcze był taki cajonista, którego nie widziałam dwa razy z tym samym zespołem. A widywałam go często.
A Warszawa? Pierwsze skojarzenie to Pablopavo. Gość, który potrafił idealnie wyczuć to co w muzyce jest warszawskie. I do tej pory się waham czy to talent (koncept) czy grafomania, ale, do diaska, jeśli ktoś by zapytał: jak się gra w Warszawie? to właśnie tak. Kolejny element tej mozaiki to Gienek Loska z gitarą i papierosem na Nowym Świecie. Nie budzący już dziś chyba szczególnego zainteresowania. Chociaż pewnie niektórzy dali by sobie głowę uciąć, że gdzieś tę gębę już widzieli. A poza tym wszystkim, zawsze, kiedy wchodzę na Świętojańską, to ma w głowie to zdjęcie. I myśl: right place, wrong time.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz