środa, 3 grudnia 2014

03.12.2014

Z jednej strony mam poczucie, że nie powinnam o tym koncercie powiedzieć ani słowa, że jestem jeszcze ze mała, żeby o tym mówić, a z drugiej strony nie mogę się powstrzymać, żeby Ci czegoś nie opowiedzieć.
 
Pod koniec wrześnie szłam ul. Wawrzyńca na spotkanie ze znajomymi. Nie pamiętam od dawna piękniejszego dnia spędzonego w Krakowie. Popołudnie, jesień, słońce. Siłą rzeczy, przechodziłam też obok Starej Zajezdni, która wyglądała wtedy po prostu magicznie. I właśnie wtedy pomyślałam sobie, że koncert, który odbędzie się w niej za miesiąc, musi być magiczny. Nieprawda. Jeszcze bardziej chciałam, żeby był magiczny.
 
Wiesz, tak po ludzku cieszyło mnie, że to nie trasa koncertowa przebiegająca przez wszystkie europejskie O2 Areny, ale, że ma swój motyw przewodni - zajezdnie tramwajowe (balibóg - czytałąm kiedyś, że Jack interesuje się tym tematem... ale nie mogę sobie w żaden sposób tego wszystkiego odpomnieć), że koncerty będą kameralne, że koncert w Krakowie był specjalnym życzeniem Jack'a... i że bilety sprzedały się w trzy minuty.
 
Cudowne było, że przed koncertem na scenę wyszedł impresario, który poprosił o cieszenie się wydarzeniem, w którym uczestniczymy w sposób bezpośredni, a nie zapośredniczony przez ekrany telefonów. Zaznaczył przy tym, że zespół opłaca fotografa, więc nie należy z chłopakiem konkurować o chleb. Niby nic, prawda? A jednak, kiedy koncert już się zaczął, to było niesamowite... w pewnym sensie przypomnieć sobie, jak wyglądały koncerty jeszcze przecież tak niedawno... może 6, 7 lat temu. Wydaje mi się, że z dwóch setów, które tego dnia John Anthony Gillis dał Krakowowi, trafiłam na ten (boże! wybacz!) mniej komercyjny. Właściwie... hmmm... tak... czuję swój błąd logiczny w tym stwierdzeniu. Ale nie wiem jak powiedzieć inaczej, jakoś ładniej i zgrabniej, to, że było w nim więcej kawałków White Stripes, że było mniej singli, i że z Racounters było "Top Yourself" a nie "Steady As She Goes"? No trudno. Niech zostanie "mniej komercyjnie" - z całym swoim ciężarem.
 
I - co może jest trochę truizmem - ale jestem absolutnie zachwycona zespołem Jack'a. W czasie koncertu na Opener'ze, kiedy naprawdę pierwsza jego część była walką o przestrzeń życiową i powietrze... to to nie były najlepsze warunki do tego, żeby skupiać się na muzyce (pamiętasz... rock or die!). Tym razem można było - co czyniłam z nieukrywaną przyjemnością - skupić się na każdym z zespołu. I zachwycić. Większość mojego zachwytu skupia się Pannie Lillie Mae Rische (nie pierwszy raz z resztą).  Z drugiej strony patrząc na band, jako na całość - z ich białymi koszulami, z szelkami, z kapeluszami, z kontrabasem... - marzyłam przez znaczną część koncertu, żeby móc ich zobaczyć - w zadymionym klubie, z okrągłą sceną, pod którą stoją okrągłe stoliki. Znów w mojej głowie Jack White stał się kwintesencją tego, co amerykańskie. Tego, co w Stanach uwielbiam.

Czy w tej sytuacji można (trzeba?) mówić o minusach? Czy tylko w ramach pewnej kokieterii wspomnieć o tym, że koncerty był zbyt krótki? Że został niedosyt i ochota na więcej? Po co : ) Tylko jeszcze na koniec powiem Ci, że o niezwykłości tego wieczoru przekonałam się już kiedy dym opadł, kiedy zajezdnia przestałą być niebieska i wypełniona ludźmi. Miałam okazję przez kilka minut porozmawiać o chłopakami z Alter Artu, którzy z jednej strony byli zachwyceni koncertem, a z drugiej słychać było żal w ich głosach, kiedy wspominali, że mogliby wyprzedać ten koncert nie na 1 000 ale na 15 000. I wtedy dotarło do mnie, że chyba faktycznie nie często zdarza się, żeby Jack wystąpił dla garstki fanów, dla w sumie małej grupy, która znalazła się tego samego dnia, w tym samym miejscu, nie po to, żeby zobaczyć "tego chłopaczka od >>Seven Nation Army<<", ale Jack'a White'a od A do Z. Albo od The White Stripes do Jack White (jak tam już wolisz).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz