środa, 1 kwietnia 2015

o homo ludens rzecz

Na rozgrzewkę: żart czy nie żart? Ringo Starr dostał właśnie zaproszenie do The Rock and Roll Hall of Fame. No właśnie wcale nie żart. Mimo, że dzisiaj pierwszy dzień kwietnia. A to, czy piję do daty czy do faktu, niech będzie zagadką tygodnia.
***
A tymczasem zbliżają się juwenalia. I codziennie mój facebook, a nawet i ja (za pośrednictwem mojego facebooka) jesteśmy wprost bombardowani nieskończoną ilością informacji-ogłoszeń kolejnych gwiazd. Wszyscy po kolei odsłaniają karty i karteczki w atmosferze splendoru i zajebistości. W międzyczasie w atmosferze analogicznej kolejnych artystów ogłaszają największe festiwale. To tak trochę na marginesie. A trochę nie.
Kolega nasz, Krakus choć z Woli, wielki fan muzyki mówił, że on się na Juwenalia nie wybiera, bo odkąd poszedł pierwszy raz, a chodziły wtedy jeszcze dinozaury po ziemi (a całkiem możliwe, że przynajmniej Michael Jackson), to od tego czasu nic się nie zmieniło i możemy się założyć o tegoroczny line-up, a on w najgorszym wypadku może pomylić się jedynie w kwestii tego, czy Strachy Na Lachy zagrają w tym roku we czwartek czy w sobotę.
No i tak trochę jest. Faktycznie. A z drugiej strony, trzeba sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście ważne pytanie: po co komu są juwenalia? Bo to nie jest święty muzyki, tylko święto studentów. I nie mówię, tak jak niektórzy, w tonie oczywistej oczywistości, że studenci to ograniczone mugole, które posługują się logiką inżyniera Mamonia:
Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę.
… ale w juwenalia przewagę nad resztą cech szlachetnych bierze w nich po prostu homo ludens. Takie ich (psie?) prawo i nikt nie może im go odmówić. I lepiej będą bawić się wyśpiewując na całe gardło „na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek…” niż wsłuchując się w specjalnie na tę okazję sprowadzony do polski zespół będący odkryciem gruzińskiej alternatywnej sceny muzycznej.
Działa tu dokładnie ta sama logika, która nie pozwala powiedzieć o weselu kuzynki, że było udane, jeżeli do północy przynajmniej raz nie usłyszymy „Jesteś szalona”. Biedni pozostają Ci, którzy nie zaakceptowali głęboko w serduszku tej logiki i jako obrońcy wysokiego poziomu wydarzeń kulturalnych wypłakują głośno swoje żale kolejno we wszystkich mediach społecznościach.
Na koniec pozostają jeszcze Ci, którym smutno w imieniu artystów… że publiczność taka niezaangażowana i, że na pewno tym na tej scenie przykro. Moi kochani – Nie przejmujcie się! Uwierzcie mi: tym na scenie wcale nie jest przykro. Mają świadomość, że na juwenaliach stężenie krwi w alkoholu jest mniejsze i, że niektórzy, którzy się tam pojawili, są tam przez przypadek. Dylemat podobny jak na wielkich festiwalach. A z drugiej strony… przyjemnie jest posłuchać swoich piosenek wyśpiewywanych przez kilka tysięcy młodych, pięknych gardeł. I przyjemna jest myśl, że może ktoś przyniesiony na plecach, przemocą przez kolegów, „bo będzie zajebiście” na koniec koncertu stwierdzi „zaiste, zajebiste milordzie” i przyjdzie jesienią posłuchać kogoś do klubu? No a ostatecznie, można – tak jak pewna panna – zaproponować publiczności wzmożoną aktywność fotograficzną („bo jutro nie będziecie tego wieczoru pamiętać”), zrobić swoje, zgarnąć gażę i jechać dalej.
To co, widzimy się na juwenaliach?
fot. M. Kordas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz