Na rozgrzewkę: żart
czy nie żart? Ringo Starr dostał właśnie zaproszenie do The Rock and Roll Hall
of Fame. No właśnie wcale nie żart. Mimo, że dzisiaj pierwszy dzień kwietnia. A
to, czy piję do daty czy do faktu, niech będzie zagadką tygodnia.
***
A tymczasem
zbliżają się juwenalia. I codziennie mój facebook, a nawet i ja (za
pośrednictwem mojego facebooka) jesteśmy wprost bombardowani nieskończoną
ilością informacji-ogłoszeń kolejnych gwiazd. Wszyscy po kolei odsłaniają karty
i karteczki w atmosferze splendoru i zajebistości. W międzyczasie w atmosferze
analogicznej kolejnych artystów ogłaszają największe festiwale. To tak trochę
na marginesie. A trochę nie.
Kolega nasz, Krakus
choć z Woli, wielki fan muzyki mówił, że on się na Juwenalia nie wybiera, bo
odkąd poszedł pierwszy raz, a chodziły wtedy jeszcze dinozaury po ziemi (a całkiem
możliwe, że przynajmniej Michael Jackson), to od tego czasu nic się nie
zmieniło i możemy się założyć o tegoroczny line-up, a on w najgorszym wypadku
może pomylić się jedynie w kwestii tego, czy Strachy Na Lachy zagrają w tym
roku we czwartek czy w sobotę.
No i tak trochę
jest. Faktycznie. A z drugiej strony, trzeba sobie odpowiedzieć na jedno zajebiście
ważne pytanie: po co komu są juwenalia? Bo to nie jest święty muzyki, tylko
święto studentów. I nie mówię, tak jak niektórzy, w tonie oczywistej
oczywistości, że studenci to ograniczone mugole, które posługują się logiką
inżyniera Mamonia:
Proszę pana, ja
jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po
prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. No jakże może podobać mi się
piosenka, którą pierwszy raz słyszę.
… ale w juwenalia
przewagę nad resztą cech szlachetnych bierze w nich po prostu homo ludens. Takie ich (psie?) prawo i
nikt nie może im go odmówić. I lepiej będą bawić się wyśpiewując na całe gardło
„na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek…” niż wsłuchując się w
specjalnie na tę okazję sprowadzony do polski zespół będący odkryciem
gruzińskiej alternatywnej sceny muzycznej.
Działa tu dokładnie
ta sama logika, która nie pozwala powiedzieć o weselu kuzynki, że było udane,
jeżeli do północy przynajmniej raz nie usłyszymy „Jesteś szalona”. Biedni
pozostają Ci, którzy nie zaakceptowali głęboko w serduszku tej logiki i jako
obrońcy wysokiego poziomu wydarzeń kulturalnych wypłakują głośno swoje żale
kolejno we wszystkich mediach społecznościach.
Na koniec pozostają
jeszcze Ci, którym smutno w imieniu artystów… że publiczność taka
niezaangażowana i, że na pewno tym na tej scenie przykro. Moi kochani – Nie
przejmujcie się! Uwierzcie mi: tym na scenie wcale nie jest przykro. Mają
świadomość, że na juwenaliach stężenie krwi w alkoholu jest mniejsze i, że
niektórzy, którzy się tam pojawili, są tam przez przypadek. Dylemat podobny jak
na wielkich festiwalach. A z drugiej strony… przyjemnie jest posłuchać swoich
piosenek wyśpiewywanych przez kilka tysięcy młodych, pięknych gardeł. I
przyjemna jest myśl, że może ktoś przyniesiony na plecach, przemocą przez
kolegów, „bo będzie zajebiście” na koniec koncertu stwierdzi „zaiste, zajebiste milordzie” i przyjdzie jesienią posłuchać kogoś do klubu? No a ostatecznie,
można – tak jak pewna panna – zaproponować publiczności wzmożoną aktywność
fotograficzną („bo jutro nie będziecie tego wieczoru pamiętać”), zrobić swoje,
zgarnąć gażę i jechać dalej.
To co, widzimy się
na juwenaliach?
fot. M. Kordas

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz