środa, 5 marca 2014

05.03.2014

Zauważyłaś, że mało piszę o kobietach? Kiedyś bym powiedziała, że po prostu wolę męskie wokale. Ale to nie tak. No i teraz chciałabym napisać o kobiecie, ale z drugiej strony chciałabym napisać o zespole i chciałabym, żeby to nie umknęło, że to zespół, a nie tylko wokalistka i zespół (jak tajemniczy głos O.N.A.). Myślę, że ten kraj kocha tę kobietę. Szczególnie kochają ją inne kobiety. Kobiety cenią kobiety za zupełnie inne rzeczy niż mężczyźni. Miłości niektórych kobiet do innych kobiet mężczyźni nie są w stanie zrozumieć. Tak jak ubierania modnych i kompletnie niekobiecych strojów, wtedy kiedy kobiety ubierają się dla innych kobiet. Myślę, że na JEJ realizowaniu kobiecości można by napisać książkę. 

Więc, jak nietrudno się chyba domyślić po tym wstępie, będzie o wokalistce - Kasi Nosowkiej i zespole - Hey. Niekoniecznie w tej kolejności. A będzie nie tylko dlatego, że do tej pory było mało o kobietach i nie tylko dlatego, że przyszło mi to na myśl, kiedy pisałam ostatnio o "niewymuszonej muzyce".

Podobno Piotr Banach zadzwonił do Kasi Nosowskiej i powiedział, że "ma przeczucie, że to będzie to". Podobno Kasia Nosowska mu uwierzyła i rzuciła pracę, żeby pojechać na Jarocin w 1992 roku. Podobno kiedy zespołem zainteresowała się Katarzyna Kanclerz mieli oni przygotowane trzy piosenki. Podobno do czasu podpisania kontraktu napisali jeszcze jedną. A wszystko, co stało się dalej, to już legenda

Ja Hey'a zaczęłam słuchać stosunkowo późno. Bardzo późno. Jeszcze w liceum prawdopodobnie kojarzyłam "Moją i twoją nadzieję" (jak każdy. A na pewno każdy po 1997 roku). No i jeszcze kiedy w radio zdarzyło się usłyszeć "to co czujesz, to co wiesz", to często odbywała się mała towarzyska wojna, dotycząca tego kto/co/kiedy/jak lepiej/gorzej ją/z nią zrobił. Przez kilka lat moje wyobrażenie o Hey'u ograniczało się do: Jest Kasia i Kasię wszyscy kochają (dlaczego? bo jest kochana). Pamiętam też kiedy pierwszy raz usłyszałam "Teksański", ale to jeszcze inna historia. Później, na studiach, bardzo szybko dowiedziałam się (zostałam po-/do-informowana), że nie ma Hey'a, ale jest "stary Hey" i "nowy Hey". Cenzura pada między płyty "Hey" (1999) a "[sic!]" (2001) i  - wybacz mi sporą dawkę przyjaciółki ironii w tym miejscu - absolutnie [!] nie należy tych dwóch rzeczywistości ze sobą mylić, a także w dobrym guście jest opowiedzieć się za jedną z nich. Cytując Kubę Wojewódzkiego (bo czemu nie?): Uważam, że zespół Hey jest dziś po prostu zespołem Hey, a kiedyś to był zespół, którego pieśni były na ustach młodych ludzi, a dzisiaj to są po prostu piosenki. Mimo, że Kasia jest Kasią. Jest suwerenną ligą autorską wśród tekściarek i wokalistek, ale historyczny zespół Hey to był Hey za Banacha.

I - abstrahując od hejterów i zwolenników jedynego słusznego, dawnego ładu; od tych, którzy uważają, że zespół Hey powinien w 1999 roku pokornie przestać istnieć - dziś, z każdą kolejną płytą, nasila się we mnie przekonanie, że to naprawdę są dwa zespoły. I nie tylko mam na myśli zmianę stylistyki (i nie tylko zmianę ekspresji Kasi, której głównym ruchem scenicznym stało rytmiczne zaciskanie piąstek i minimalne dygnięcie, przy każdym "no-dziękujemy-bardzo").

Właśnie pierwsza część tej historii to to, co wcześniej nazwałam niewymuszeniem. To może banalne, co powiem, ale początki Hey'a, szczególnie "Fire" i "Ho", to po prostu niesamowity powiew świeżości. Świeżości. Autentyczności. I mówię to nie z perspektywy roku 1992 ale 2014. To są dwie płyty, których mogę słuchać bez końca. I to robię. Na przykład teraz. Nie, żebym twierdziła, że druga część jest "wymuszona". Nie nie nie. Absolutnie. Ale wiesz, te początki są niesamowite. Tak naprawdę to była grupa gówniarzy z jakąś niesamowitą intuicją i niesamowitą wrażliwością. Przecież, kiedy powstawał Hey Kasia była młodsza od nas. Wyobraź sobie, co musiało się dziać w głowie tej dziewczyny? O kimś takim podobno się mówi, że ma starą duszę. Z "Fire" ani z "Ho" nie polecę ci nic. Bo nie chcę i nie umiem. Po prostu, zostawię tobie tę przyjemność ich odkrywania. Mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz chwilę.

A potem "pieśni zastąpiły piosenki". Inne. Gdzieś obok rocka. I dzisiaj coraz dalej. Bardziej okrzesane. Bardziej wyrafinowane. Bardziej wyważone. Ale dalej pokazujące tę cudownie starą duszę Kasi. Na przykład "Cudzoziemka w raju kobiet". I jeszcze "Z rejestru strasznych snów". Jeszcze z piosenek na eM bardzo lubię "Mru Mru". A na koncertach "Mukę". Kiedyś powiedziałam - i dalej tak twierdzę -  że w deszczową pogodę powinni zakazać Hey'a w radio. "Byłabym", "Mimo wszystko" albo "Ty, ty, ty" potrafią w taką pogodą (w taką jak dziś) postawić mózg w poprzek. Te trzy i wystarczy.

A później Hey zaczął bawić się nowymi zabawkami, i nabrał elektronicznego brzmienia. I na moje nieszczęście, dopiero wtedy miałam okazję usłyszeć go na koncercie (kiedy już tęskniłam do tego, żeby brzmiał jak na początku). W tym małym nieszczęściu znalazło się miejsce na małe szczęście, czyli fakt, że przez pewien czas klawiszowcem Hey''a był Krzysztof Zalewski. A potem przydarzyło się prawdziwe nieszczęście. Kasia zaczęła być szczęśliwa. I jakaś epoka się skończyła.



1 komentarz:

  1. "no-dziękujemy-bardzo" - dygnięcie ;)
    ślicznie o tym piszesz. posłucham
    a o puszczaniu niektórych piosenek, nie tylko w deszczową piosenkę (i nie tylko w radiu) musimy kiedyś podyskutować...
    g.
    p.s. była młodsza od nas? takich rzeczy nie wypada nam robić!

    OdpowiedzUsuń