Gdzieś kiedyś, kiedy już wiadomo było, że basistą Scorpionsów jest Polak. Mało tego, Polak z Wieliczki. Krajan (przecież w - znienawidzonej - Wieliczce bywałam w czasach liceum dwa razy dziennie: tam i z powrotem). Więc... kiedy już to wiedziałam, kiedy już byłam w swoim życiu na dwóch koncertach Scorpions, okazało się, że rzeczony basista, Paweł Mąciwoda, pracuje nad solowym projektem - Stirwater. Mało tego, okazało się, że muzyka ta inspirowana jest "Deltą Missisipi" - takim prawdziwym prawdziwym amerykańskim bluesem. The Allman Brothers Band, The Derek Trucks Band. Zwariowałam.
Na koncert (2011) poszłyśmy znając chyba jedną piosenkę (uwielbiam i polecam!). I więcej nie trzeba było. I tak było naprawdę magicznie. Rok później, kiedy okazało się, że Stirwater gra jamsession nikomu nie przyszło do głowy, żeby upewnić się, czy zespół nie zmienił... wokalisty. Efrem był najbardziej uroczym amerykańskim (amerykańsko-uroczym) kolesiem jakiego widziałaś - sneakers'y, wytarte jeansy, znoszony t-shirt, i na koniec jeszcze długie blond włosy w kondycji włosów Andrzeja Sikorowskiego. Przeoczyłyśmy więc jakoś fakt, że solowy projekt Pawła Mąciwody pozostał jego solowym projektem o tyle, że... w zespole z poprzedniego składu został tylko Paweł (co jest dość problematyczne dla osoby, która nie słyszy raczej linii basu... no chyba, że zespół nazywa się Stirwater i możesz nie słyszeń nic innego, ale bas usłyszysz).
Mamy więc wakacje 2012 i Stirwater to: Paweł Mąciwoda, Atma Anur - czarnoskóry londyńczyk, przypominający raczej szamana voodoo, z największym (i najbielszym) uśmiechem jaki kiedykolwiek zmieścił się na ludzkiej twarzy, no i jest jeszcze nowy wokalista. Florian Hofer. Chłopiec w dzwonach. Wiesz, polubiłyśmy Efrem'a. Ciężko było stwierdzić jak to będzie wyglądać bez niego. Wiesz, niby solowy projekt. No ale zmiana wokalisty?! Tego się ludziom (ludziom w Polsce, którzy lubią to co znają) nie robi. Ale myślę, że po drugim..., no może trzecim kawałku, rozczarowanie zamieniło się w coś na kształt "who the f*ck is Efrem?"
Dał chłopak radę. Dziś Stirwater nie istnieje (przynajmniej poza świadomością swojego twórcy). Za to dziś ma premierę solowa płyta Floriana Hofera. Mam okazję jej słuchać od dwóch tygodni i to robię. Nie wróżę jej komercyjnego sukcesu, ale w porównaniu z tym, co jest znane, popularne, topowe, ta muzyka wydaje się tak cudownie niewymuszona. Czasem kiedy piszę, coś takiego jak teraz - że nie wróżę jej komercyjnego sukcesu - to to chyba mój egoizm. Czasem fajnie przyjść na koncert i być pierwszym rzędem i ostatnim rzędem, a później usiąść na scenie i zamienić kilka słów z kimś, kto robi coś z pasji i z pasją.
zabierzesz, zabierzesz mnie na koncert uroczego Floriana?
OdpowiedzUsuńg.