piątek, 14 lutego 2014

14.02.2014

Lao Che. Słyszałaś na Męskim Graniu. Mnie urzekło. Chociaż na początku nienawidziłam strasznie [!]. A dzisiaj to pierwsza rzecz, którą polecam komukolwiek. I śpiewam mojej mamie (ostatnio "dziś raczej nie wpadnę bo umarłem..."). I moim skromnym zdaniem, osoby, która nie powinna się prawdopodobnie wypowiadać merytorycznie na tematy muzyczne, bo nie słyszy nawet basu, to najlepszy polski zespół. Oi!

Pamiętasz kolorkową notkę o nt. Jack'a White'a? Z Lao Che jest trochę podobnie. Tyle, że oni założyli sobie, że każda płyta będzie inna niż poprzednia. Zgrabnie Spięty opowiadał o tym u Miecugowa (wywiadu nie polecam ze względu na zabójcze tempo Miecugowa - można było wyjść zrobić sobie kanapki i herbatę między "Panie" a "Hubercie" mniej więcej. Gorzej słucha się już chyba tylko Millera w telewizji śniadaniowej). Z ich płytami mam trochę jak cytatem Piotrka Żyły o fanach na facebooku, który sobie bardzo upodobał Kuba Wojewódzki  - "eee, więcej to już chyba nie będzie". Tyle, że tu myślę zawsze, eee... poprzedniego to już nie przebiją. A oni przebijają.

Akurat - chyba jak większość Polski - jako pierwszą usłyszałam płytę drugą - "Powstanie Warszawskie". I właśnie za to ich znienawidziłam. Bo kto nagrywa taki pie*olony łomot. I jeszcze dostaje za to Srebrny Krzyż Zasług. I jeszcze wszyscy się rozpisują, że to płyta dekady. I któregoś dnia łomot zamienił się w mojej głowie w historię tego cholernego powstania, którym żyje cała Warszawa, tylko tym razem obdartą z patosu i dumy. Wiesz, mięso. To, co tam się działo. Emocje. Wszystkie i każda z osobna. I teraz, kiedy widzę "keep calm and carry on", to sobie myślę: no przecież że "nie nasza rzecz. Nasza rzecz naszą robić rzecz".


2008. "Gospel". I pierwszy koncert. Chyba w Bochni. Znajomi byli rozczarowani - i aranżami i tym, że na rzecz "Gospel" zabrakło "Powstania...". Tak mi się wydaje. Dla mnie - niesamowity. Później - na "Soundtracku" - padnie zdanie "gęba się porusza, a wyraża się dusza". I to jest właśnie to [this is it!]. Do tego jeszcze motywy na wskroś egzystencjalne i babranie się w niuansach i aluzjach... sama wiesz. O ile "Powstanie..." to był czysty zachwyt, to tu już pojawia się absolutny szacunek dla kunsztu, dla wiedzy, dla humoru, dla wyczucia, oh... . Brainy is the new sexy. Jest zazdrość. Jest radość.



Wydaje mi się, że pierwszy raz przesłuchałam "Gusła" w 2009, może w 2010. To tylko 8 lat opóźnienia. Będę monotonna, bo znów będę się zachwycać. Nie wiem, czy ta płyta jest świetna. Wiem, że jest dokładnie taka jaka ma być. Słowniańska. Trochę inaczej niż Cleo. Nawet jeśli, trochę jak w Młodej Polsce - to bardziej koncept, bardziej tworzenie niż odtwarzanie rzeczywistości [nie wchodząc głębiej w świat symulakrów] to i tak efekt jest taki... że ja temu albumowi wierzę. I widzę. A przynajmniej: "Zdaje mi się, że widzę (...) przed oczyma duszy mojej".


Wracając do chronologii - czwarta płyta to pierwsza, która nie wpisuje się w pojęcie concept albumu. Za to kolejna, do której na początku nie byłam przekonana. Teraz kompletnie nie wiem dlaczego? Teksty dorównują "Gospelowi", aranże - mocno elektroniczne, bo w końcu DC/AC. I zostają na długo w głowie. No, może tylko nie aż tak długo jak "Light My Fire".
"Soundtrack" miał być - zaskoczę Cię! - soundrack'iem. Tyle, że film, który miał uświetnić jakoś nigdy nie powstał. I chyba już nie powstanie.

Płyta: miłość od pierwszego wejrzenia.
Promocja płyty: jeden z najlepszych koncertów w moim życiu.
Dym: rozkłada na łopatki.


    Brak komentarzy:

    Prześlij komentarz