Rany, zaskoczyło mnie, że zaskoczyło Cię, że znam "Jolene". Szczerze mówiąc, post o tej piosence napisałam już dawno dawno temu, a potem - jak to ja - w przypływie samokrytycyzmu stwierdziłam, że to się do niczego nie nadaje i, że w ogóle dramat i grafomania i nie można zmarnować "Jolene" na taki słaby post. Dziś nie wiem, co z tego wyjdzie.
Pamiętam jak w szkole [love you!] omawialiśmy temat gender w muzyce - do dziś nie wiem czemu - w oparciu o rozdział "Rytuałów scenicznych" Simona Firtha dotyczący występu. I tam właśnie, całe pół strony tego rozdziału, poświęcone jest Dolly Parton. To była dygresja. Właściwie to niestety o Dolly Parton nie wiem wiele więcej niż z tej książki (i jeszcze to, że na pytanie czy to jej piersi, odpowiedziała: oczywiście, to ja za nie zapłaciłam).
Uwielbiam historie piosenek. Słuchać. Opowiadać. Uwielbiam. Uwielbiam. Uwielbiam. Więc były dwie Jolene. Trochę tak jak Layla'e. O pierwszej "usłyszysz" od samej Dolly Parton:
"To imię wzięłam od małej dziewczynki, która podeszła pod scenę po autograf na samym początku mojej kariery. Powiedziałam jej, że jest najpiękniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek widziałam. Miała rude włosy, zielone oczy, jasną karnację. Zapytałam jak ma na imię. Opowiedziała: Jolene. (...) Powiedziałam, że to najładniejsze imię jakie kiedykolwiek słyszałam i zaczęłam śpiewać Jolene, Jolene, Jolene, Jolene... . Powiedziałam: Napiszę piosenkę o tobie i jeśli ją kiedykolwiek usłyszysz, będziesz wiedziała, że to o tobie".
Jest jeszcze "Jolene", o której faktycznie jest piosenka. Ta historia jest dość oczywista. Ale żeby nie pozostawiać niedomówień (choć żadne nazwiska nie padną): Dolly była zazdrosna o piękną, rudowłosą kasjerkę w banku, która bywała zbyt miła dla jej męża. Przypuszczam, że w latach siedemdziesiątych spędzało się więcej czasu w banku niż dzisiaj.
"To imię wzięłam od małej dziewczynki, która podeszła pod scenę po autograf na samym początku mojej kariery. Powiedziałam jej, że jest najpiękniejszą rzeczą jaką kiedykolwiek widziałam. Miała rude włosy, zielone oczy, jasną karnację. Zapytałam jak ma na imię. Opowiedziała: Jolene. (...) Powiedziałam, że to najładniejsze imię jakie kiedykolwiek słyszałam i zaczęłam śpiewać Jolene, Jolene, Jolene, Jolene... . Powiedziałam: Napiszę piosenkę o tobie i jeśli ją kiedykolwiek usłyszysz, będziesz wiedziała, że to o tobie".
Jest jeszcze "Jolene", o której faktycznie jest piosenka. Ta historia jest dość oczywista. Ale żeby nie pozostawiać niedomówień (choć żadne nazwiska nie padną): Dolly była zazdrosna o piękną, rudowłosą kasjerkę w banku, która bywała zbyt miła dla jej męża. Przypuszczam, że w latach siedemdziesiątych spędzało się więcej czasu w banku niż dzisiaj.
W "Jolene" (Jolene?) zakochali się najwyraźniej wszyscy. No, przynajmniej nie tylko ja i ty. Na Spotify możesz posłuchać ponad czterdziestu cover'ów. Mój ulubiony jest - oczywiście - ten "czerwono-czarno-biały".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz