piątek, 2 stycznia 2015

wpis na wskroś nieakustyczny. o rzeczach trudnych.


Ciężko słucha się muzyki z zapaleniem ucha. Prawdę mówiąc… ciężko robi się cokolwiek. Z myśleniem, przełykaniem herbaty i oddychaniem włącznie. Dlatego dla własnej wygody wzięłam dziś na tapetę temat mało akustyczny. A zaczęło bardzo się niewinnie – od Facebooka: od tego czy mogę lajkować* „Legalną Kulturę” i „Wolną Kulturę” i nie być przy tym hipokrytą (albo – o zgrozo! – hipokrytką). Ten straszliwy dylemat przypomniał mi o całej szerokości moich moralnych wątpliwości związanych z dostępem do kultury. A teraz część z nich perfidnie sprzedam Tobie. Bo jak mówi jeden z moich ulubionych filozofów: naszym moralnym obowiązkiem jest mieć wątpliwości.

Jeszcze 20 lat temu nic nie zapowiadało obecnego zamieszania. Było piractwo medialne w Polszy i było złe. Kropka. Jego synonimem stał się Stadion Dziesięciolecia z całym swoim dobrem inwentarza. Tylko Stadionu już nie ma. Za to „stadionowy” sposób myślenia o [przepraszam za słowo, którego teraz użyję, ale technicznie-socjologicznie tak to się właśnie bezdusznie jawi] a l t e r n a t y w n y m dostępie do muzyki pozostał. I ABSOLUTNIE nie twierdzę, że wówczas to nie było zwyczajne kurestwo. I powód do niemałego rozgoryczenia – w końcu na jedną legalnie sprzedaną płytę Kultu przypadło wówczas dwanaście skopiowanych (a to mądrzy socjologowie wyliczyli! Więc wierzymy, nie marudzimy).

Ale dziś dopadła nas ta cholerna baumanowska płynna rzeczywistość i nic już nie jest pewne, oczywiste i dane raz na zawsze. I dziś, kiedy mówimy „piractwo”, to nie mamy już na myśli tych kolesi w kufajkach, ruskich czapach i onucach, z rozłożonymi przed sobą straganami i obiecującymi, że „jak czegoś nie ma, to się na jutro załatwi”. Dziś piractwo to głównie P2P, czyli model, w którym już nikt nie wzbogaca się kosztem artysty... tyle tylko, że artysta też się nie wzbogaca. I tu się zaczyna całe zamieszanie. Bo to, co się dzieje, oczywiście, też nie jest w porządku, ale już nie możemy pokazać palcem na Tych Bezwzględnie Złych, którzy czerpią korzyści majątkowe  (co w latach dziewięćdziesiątych i we wczesnych latach dwutysięcznych było największym problemem) posługując się cudzą własnością intelektualną. Co by za prosto nie było.

Można powiedzieć, że mamy do czynienia z dwoma perspektywami, z których możemy się przyglądać przemysłowi fonograficznemu. W perspektywie "stadionowej" postrzegamy piractwo jako najważniejszą przyczynę spadku sprzedaży płyt i zastanawiamy się co zrobić, żeby przywrócić sprawom właściwy bieg. Druga perspektywa to krajobraz po burzy. Mleko się rozlało... rzeczywistość mówi: era klasycznej fonografii przemija, a my musimy się zastanowić jak właściwie na to zareagować? Przyjmując tę drugą perspektywę oczywiście komplikujemy sobie życie. Ale do jakich zaskakujących wniosków dochodzimy! Bo okazuje się, że jeśli uznamy ściąganie na potęgę za rzeczywistość zastaną, z którą walka, to raczej przysłowiowa walka z wiatrakami, to poza oczywistymi, negatywnymi skutkami, dostrzeżemy, że dzisiejsze piractwo (Piractwo 2.0, a jakże!), może nieść... a co tam..., niesie za sobą pewne wymierne pozytywne konsekwencje.

Ot, kanadyjscy badacze... pewnie nieco zawstydzeni... opublikowali wyniki badań, według których, ludzie chętniej kupowali płyty, do których mieli już dostęp poprzez p2p. Niezręczność tę można próbować wyjaśnić tak: album do niedawna był dobrem doświadczalnym: o jego jakości (lub jej braku) mogliśmy się przekonać dopiero po dokonaniu jego zakupu. Ryzyko rozczarowania było więc ogromne. Dziś, możemy się od tego uwolnić – i jeśli da nam się ku temu sposobność,  robimy to. Nie chcemy już kupować kota w worku. Zwłaszcza, że coraz częściej łapiemy artystów / producentów (czy kogo tam chcesz)  na tym, że próbują nam bezczelnie w worku wyszywanym diamentami zapchlonego sierściucha opchnąć!

Co dalej? Płyty się nie sprzedają. Okej. Zespół zarabia głównie poprzez strumień koncertowy. Okej. Ale znasz kogoś, kto chodzi na koncerty w ciemno? No... przynajmniej na nie-jazzowe koncerty? No właśnie. Więc nagle może się okazać, że walcząc z piractwem, muzycy tak naprawdę... podcinają gałąź, na której siedzą. Bo muzyka dziś słuchaczowi musi być podana na tacy (czyt. spotify, youtube, thepiratbay), bo inaczej jak ma biedaczek do niej dotrzeć w tym szumie informacyjnym. Jak ma mu się spodobać... jak ma polubić?* I to wszystko to żadna wiedza tajemna. Przykładowo, już od jakiegoś czasu, Iron Maiden planuje trasy koncertowe uwzględniając dane dotyczące piractwa internetowego: ściągają nas na potęgę – znaczy mamy tam fanów – jest po co jechać! I to się sprawdza. I to nie tylko w muzyce:

Kiedy wypuściliśmy Casino Royale – opowiada Li Chow z Sony, w Pekinie
– byliśmy zdumieni faktem, że Chińczycy znają na pamięć muzykę i bohaterów filmu,
podczas gdy był to pierwszy James Bond dopuszczony do wyświetlania w Chinach.
Wszyscy widzieli go na pirackich DVD. To ogromnie ułatwiło nasz marketing.
Wtedy po raz pierwszy doceniłam piractwo.

(Martel 2011: 212)

Oczywiście... nie ma co popadać w skrajności. Nie ma co wybiegać zaraz na ulicę z transparentem "uwolnić kulturę", bo tylko jedna strona medalu... [poza tym... zimno jest]. ...a ku mojemu utrapieniu, ten konkretny medal przypomina w swoim kształcie raczej jakiś porąbany k-dron.

C.D.N.



*Jakże cudnie o lajkowaniu rozprawiają Bralczy/Miodek/Markowski: Lajkowanie jest lubieniem. Ale różnimy się od Anglików choćby tym, że nie lubimy czegoś od razu, najpierw to coś musi nam się podobać. Piosenka musi mi się ze dwa razy podobać, zanim za trzecim razem ją polubię. Widzę dziewczynę, ona mi się najpierw podoba, choć jeszcze nie wiem, czy ją lubię. A Anglik od razu powie ”I Like”. I to jest w porządku. Niestety, dzisiejsze lajkowanie wprowadza tylnymi drzwiami angielskie znaczenie „lubię” z pominięciem podobania się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz