Pamiętasz wykłady u Matuszka? "Socjologia miała być "r e m e e d i u m n a k r y z y s". Właściwie ja tylko tyle z nich pamiętam, bo kiedy tylko usłyszałam to beznadziejnie rozwleczone i równie beznadziejnie natchnione zdanie, to wyszłam i już więcej nie wróciłam. Tyle, że to r e m e d i u m mi w głowie zostało do dzisiaj. I tak pomyślałam o Spotify. Że to będzie r e m e d i u m właśnie na wszystkie problemy związane z prawami autorskimi i z dostępem do kultury i jeszcze zyskami artystów i w ogóle. I przez pewien czas byłam nawet takim małym apostołem serwisów streamingowych. Pomyślałam, że to cudowne, że legalne, że na bogato, że dostęp, że nieograniczone możliwości, że teraz wszyscy, i wszystko, i każdy, i w ogóle, i że wszyscy będą szczęśliwi. Niestety bardzo szybko okazało się, że system streamingu nie przyczynia się bynajmniej do "większego dobra", ale raczej lawiruje gdzieś w obszarach dużo bliżej "mniejszego zła".
Idea jest - a jakże! - zacna. Miły kobiecy głos informuje Cię, że dzięki Spotify artysta zarabia na KAŻDYM odtworzeniu jego utworu. To cudownie! - myślisz. No bo przecież z wydanej płyty CD artysta może liczyć przeciętnie na jakieś... hmmm... 8,5% jej wartości. Czyli, jeśli płyta kosztuje mnie 39,99 zł, to jej twórca dostanie z tego jakieś... aż wstyd napisać... 3,39 zł (!). To znaczy, ekhm, dostanie, jeśli ma to szczęście, że jest solistą. W przeciwnym wypadku powinien tę kwotę podzielić między cały zespół. Locho, nie? Tymczasem Spotify zachęca nas do współuczestniczenia w mechanizmie ciągłego wspierania artysty: jeśli go lubię - często go słucham - pieniążki calutki czas sukcesywnie spływają na jego konto. W teorii wszystko układa się, czy też się nawet perli. W praktyce niekoniecznie. Bo łagodny, żeński głos Spotify nie mówi nam ile nasz artysta zarabia. Tymczasem jedno odtworzenie konkretnego utworu generuje przeciętnie zysk [fanfary] 0,003 euro... ale spokojnie, spokonie: odtworzenie jednego albumu to JUŻ 0,03 euro. Więc jeszcze tylko 999 odtworzeń i właśnie nasz artysta zarobił swoje pierwsze 100 złotych.
To wszystko też nie jest oczywiście takie proste. Wybitni (tylko mnie nie pytaj to to ocenia) artyści mogą negocjować stawki. I jeszcze - wracając po raz ostatni dziś do wątków socjologicznych - działa tu ślicznie zasada Mateusza: im więcej ludzi Cię słucha, tym dostajesz lepsze warunki. Ale dla potrzeb małego eksperymentu postanowiłam wszystkich potraktować równo i uznać, że wszystkich obowiązuje podstawowa stawka:
Obiło mi się dziś o uszy nazwisko Ed Sharaan (podobno będzie w Warszawie i podobno bilety z drugiego obiegu sprzedają się po 650 zł). No więc zacznijmy od niego. Zdolny Gówniarz (umówmy się, że każdy muzyk młodszy ode mnie to Zdolny Gówniarz) zaliczył 142 116 970 odtworzeń "Thinking Out Loud" dzięki czemu zarobił przynajmniej 425 000 Euro. Jeśli spodoba mu się w Warszawie, to tylko dzięki temu jednemu utworowi może sobie tu kupić jakiś luksusowy apartament.
A co na przykład u dinozaurów rocka? Stonesi "zebrali" bagatela 32 981 169 odtworzeń "Gimmie Shelter" (do czego sama się przyczyniłam troszeczkę - zwłaszcza po obejrzeniu "Goodfellas"). Ta piosenka mogłaby im zafundować jakieś cacko za 400 000 - na przykład niech to będzie jakaś podstawowa wersja Jaguara F-Type, albo może jakieś bardziej wypaśne Porshe Boxter. Tylko jak oni się tam pomieszczą? No i... ciężko wykluczyć to, że podobnie jak Scoprionsi, wcale nie mają ochoty przebywać wspólnie w takiej małej przestrzeni.
Z rodzimego podwórka wybrałam Lao. Ich fani zdecydowanie poszli w "Dym". 104 629 odtworzeń nie wystarczy chłopakom nawet na gorszy rocznik Dom Perignon, ale mogą sobie kupić Beats'y. I tak nie najgorzej : )
Do listy postanowiłam dołączyć jeszcze mojego ulubieńca - Floriana Hofera. Jego płyta jest obecna na Spotify od dnia premiery, czyli prawie równo od roku. Przez ten czas żaden utwór nie przekroczył 1000 odtworzeń. A jeśli, któremuś by się to udało, to Florian mógłby iść na kawę do Starbucksa. Na małą kawę...
I wiesz co? to jeszcze nie koniec moich problemów ze Spotify...
C.D.N.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz