fot. Anna Migda
Wygląda na to, że poza przeczytaniem w tym roku 52 książek (tak, ja też), być może... trochę mimochodem... uda mi się też pobujać się do rytmu na 52 koncertach. Przynajmniej sam początek roku wydaje się dość obiecujący. A byłby jeszcze bardziej obiecujący, bo w sumie liczyłam na to, że zdam Ci dziś relację z "magii srebrnego ekranu", czyli w koncertów w studiu nr 5 Telewizji Polskiej. Niestety "magia srebrnego ekranu" oznaczała dziś dla mnie tyle, że jeżeli w Internecie piszemy, że zapraszamy wszystkich... to na miejscu może okazać się, że są wśród nas jednak w s z y s c y i w s z y ś c i e j s i.
Pierwszy koncert w tym roku: Venus fly trap, zaliczyłam dość niespodziewanie. Jeszcze zanim opadły wszystkie sylwestrowo-noworoczne emocje i było to dla mnie raczej koncert w kategorii "wpadłam tylko powiedzieć: siema"... właściwie "... powiedzieć: pa".
Wczoraj za to postanowiłam ruszyć dupsko poza miasto stołeczne. Okazja nielicha: Lao Che! Co prawda z dodatkiem Tabu, z którym w wyniku pewnych, jeszcze krakowskich, zaszłości mam na pieńku dość... hmmm... personalnie. No, ale nieistotne. Ostatni raz widziałam Lao na Woodstocku. Chociaż w i d z i a ł a m to może nie najlepsze słowo (nie no... widziałam telebim, który wyraźnie sugerował, że na scenie to zaiste oni. Wszystko się pięknie mieści w kategoriach Auslanderowskiej nażywości, więc luz). A później zaczęliśmy się beznadziejnie rozmijać na trasie Kraków-Warszawa. A że nie wiem ile jeszcze ta sytuacja potrwa, więc wolałam nie kusić losu i ruszyć się do Żyrardowa. No i... oj... warto było.
Z natury nie jestem bardzo ckliwa i sentymentalna, ale kiedy zobaczyłam zespól wychodzący na scenę to miałam poczucie, że właśnie spotykam dawno niewidzianych znajomych (z resztą znajomych też spotkałam). Niesamowite uczucie. I później było już jak u Hitchcocka - po trzęsieniu ziemi napięcie już tylko nieprzerwanie rosło. Przede wszystkim niedługo szykuje się kolejna płyta (tak!), więc można powiedzieć, że teraz koncerty ją troszkę... hmm... "spojlują"... no wiesz... że "uchylają rąbka tajemnicy" - ale to lamersko brzmi : ) Na razie największego plusika u mnie zgarnęła "Wojenka" (ale to już wiesz). A w dalszym ciągu najlepsze w tym całym zamieszaniu na scenie i pod sceną jest dla mnie połączenie cudownej muzyki i ludzi, którym absolutnie wierzę, że cieszą się, że mogą ją robić razem. I w tym miejscu Oscar idzie do Denata, który w dalszym ciągu obejmuje dla mnie stanowisko Kolesia Od Rozkręcania Kosmicznej Imprezy. Hmm... generalnie to moim dalszym ochom i achom naprawdę może nie być końca, więc urwę je po prostu w jakimś możliwie najbardziej arbitralnym momencie.
Pozdrawiamy - ja i moja depresja poorgazmowa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz