fot. t. kmoter
Na co dzień nie trzeba cię długo namawiać na żaden koncert. I na ten też. A jednak odczuwasz niepokój. Dla supergrupy nie ma przecież taryfy ulgowej. A co jeśli schodząc ze sceny nie pozostawią po sobie czystego zachwytu? No właśnie. Zwłaszcza, że to co słyszałaś do tej pory na niewątpliwy urok, ale na pewno nie jest tym, za co kochasz (za co słuchasz) codziennie sześć/dziesiątych ich składu. Na co dzień nie trzeba mnie długo namawiać na żaden koncert.
Sobota. 20:00. Od pierwszej chwili ciąży gdzieś poczucie inności. Jeszcze zanim wszystko się zacznie. Uchwycenie wzrokiem rozłożonych dla publiczności krzeseł, nagle zamienia 'salę' w 'widownię' i przypomina, że 'Palladium' to faktycznie 'Teatr Palladium'. Ale i tak cały czas z tyłu głowy kołacze się pytanie: czy to aby nie podpucha? A po pierwszym dzwonku [sic!] przychodzi myśl: czy ktoś się tu zgrywa? czy się przy tym bawi przecudnie? W przeciwieństwie do koncertu teatr to coś mocno wizualnego - miejsce spektaklu, widowiska. A tutaj rozchodzić się ma o muzykę. Przecież. I będzie.
W natłoku myśli pojawia się też taka, że może jednak ta teatralność nie jest złym wyborem? Dzięki pokaźnej scenie dziesięciu chłopa nie musi wcale oddychać wzajemnie tym samym powietrzem, ale każdy znajduje przestrzeń dla siebie (i zgrabnie z niej korzysta). Sala natomiast szczelnie wypełnia się i publicznością i dźwiękami. A im bardziej wypełnia się dźwiękami, tym większa część publiczności porzuca jednak swoje krzesełka na rzecz miejsc pod sceną.
To, co dzieje się na scenie, zaczyna za to przywodzić skojarzenia z rozszerzoną rzeczywistością. Bo jednak... choćbym się zapierała rękami i nogami... to tak: to widowisko. Na całą historię składają się jednocześnie i muzyka, i światła, i wizualizacje, i dziesięć osobowości, które na scenie czują się zdecydowanie w swoim żywiole. A żywioł ten ma niewiele wspólnego z wodą, ziemią, albo powietrzem [zasłyszane#1]. W tym natłoku bodźców łatwo coś przeoczyć, przegapić. Pewne jest tylko to, że odwracając głowę w lewo, tracisz to, co właśnie się dzieje się po prawo; skupiając się na zespole, dopiero wracając do domu Nowym Światem zaczniesz zastanawiać się, czy aby nie przeoczyłeś świateł, wizualizacji i temu podobnych; stając dalej i próbując objąć całość wzrokiem, umykają ci za to szepty, uśmiechy, wymiany spojrzeń, radość w oczach. Że to się właśnie dzieje. Że tu i teraz. I że właśnie z tymi.
zasłyszane#1 "Ej, niezłą imprezę tam mają"
Z muzyką jest podobnie: po pierwszym razie może ona nieco przytłoczyć. To znaczy... przytłaczające może być uczucie, że coś na pewno umknie. I nie będzie za diabła wiadomo co. A szkoda przecież. Zwłaszcza, że poza klasycznym instrumentarium raz po raz wskakują zza węgła takie pyszności jak kontrabas, ukulele czy melodika [zasłyszane#2], co to ją miał Pan Wieża schowaną za pazuchą. Ale nawet jeśli nie rozpoznasz za pierwszym razem kompletnego bukietu smakowego to naprawdę nic nie szkodzi; i bez tego wiesz, że w całość jest apetyczna. I, że chętnie poprosisz o dokładkę.
zasłyszane#2 "Patrz, na jakiej zabawce gra"
... i w sumie czasem miło jest wrócić do poezji miast słuchać nałogowo ekwilibrystyki. Czasem miło po prostu. A czasem trzeba [zasłyszane#3].
zasłyszane#3 "Muszę wrócić do poezji"
Posłodziłam? Przesadziłam? Troszkę? Troszkę bardzo? A może jest coś co mi się nie podobało? Coś innego, niż to, że mało mi? Zastanawiam się. Zastanawiam się czy w tej historii, tej tam na scenie, czy nie było tam za mało Spiętego? I to zupełnie nie w kontekście ekwilibrystyki. Mam nieśmiałe wrażenie, że każdy z pozostałej dziewiątki miał w tej opowieści bardziej swoje pięć minut niż on. A z drugiej strony... czy kolesiowi z mikrofonem jest potrzebne jest bardziej? Do diaska, toż on ma przecież mikrofon.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz