Fala kulminacyjna fascynacji tegoroczną edycją poznańskiego Spring Break'a przetoczyła się już z odpowiednim impetem przez wszystkie zakamarki Internetu. Oznacza to, że nie będę prekursorem ani odkrywczych wniosków, ani niebanalnych zachwytów. Pozostają mi więc do dyspozycji zachwyty banalne i wnioski oczywiste.
Zwykle z rezerwą podchodzę do rzeczy, w przypadku których zachwyt nad nimi wydaje się ich cechą definicyjną. wiesz... Vansy, Starbucks, Nosowska, czekolada. Przychodzi mi zaraz na myśl Gombrowicz i myśl, że wielka poezja będąc wielką i będąc poezją, nie może nas nie zachwycać, a więc zachwyca. To trochę podejrzane. I ten Spring Break też wydał mi się podejrzany. Bo skoro do tej pory odbyły się dwie edycje, to skąd już wiedzą, że zachwyca? Bo skoro to ma promować młodych zdolnych skurwieli, a mieszkamy w Polandii, to... no do diaska... przecież każdy kto był na dużym festiwalu, na koncercie gwiazdy wie jak kończą młodzi zdolni skurwiele: wypełniają miejsce na plakacie i przełamują ciszę przed występem headlinera (w tej kolejności).
Rozczarowałam się tutaj absolutnie. Naprawdę. I bardzo się z tego cieszę. Bo niezależnie od godziny, miejsca i stylu muzycznego każdy koncert wysłuchiwany był przez pełną salę. A często również przez hol, przedsionek, schody czy podwórze. Cudne to było. Słyszeć, że ludzie przyszli posłuchać zespołów, o których nie mieli pojęcia (o których często, nawet jeśli chciało się mieć pojęcie, to ciężko było znaleźć sensowne informacje), że ludzie zamiast zrobić sobie przerwę między koncertami ze swoich "must seen" list, chcieli przyjść i posłuchać czegoś o czym nie mieli bladego pojęcia, że niektórzy z nich przyjechali nie znając ani jednego zespołu. Przypomina to stare sentymentalne opowieści kolegów z czasów, kiedy najpierw wszyscy umawiali się na wyjście do klubu, a dopiero na bramce dowiadywali się kogo dzisiaj usłyszą.
I wtóre, ważniejsze: jak dla mnie nie było rozczarowań. Sama, mając dość okrojoną listę"must seen", dość okrojony czas i dość duże braki wiedzowe na temat rynku, wybierałam koncerty raczej metodą "chybił-trafił" lub "mam po drodze". Ewentualnie "nie mam po drodze, ale mam pół godziny". Zdecydowanie licząc się z tym, że mogą to nie być najlepsze decyzje w moim życiu. A jednak spędziłam cudne dwa wieczory.
Decyzja o przyjeździe do Poznania składała się z dwóch elementów. Po pierwsze: Jazzombie (o cudnie byłoby pojechać), po drugie: Consolers (widzimy się w Poznaniu). Zespół, który robi dokładnie to, co się nie opłaca i jest w tym absolutnie uroczy. Wystarczy powiedzieć, że najnowszy materiał wydadzą na kasecie magnetofonowej (sic). Do tego przynajmniej raz w roku przyjeżdżają zagrać koncerty w Polsce, na które przychodzi dziesięć, dwadzieścia osób. A największym szaleństwem jest to, że grają rocka w czasach kiedy w Niemczech nikt, kto chce się wybić nie gra już rocka. Mamy więc: trzech chłopców, trzy instrumenty, trochę inspiracji Hendrixem, trochę współczesnym indi. A efekt? "Chłopaki, wy gracie jak Nirvana! Znaczy, gdyby Nirvana zaczęła grać dzisiaj, to przecież nie poszli by w grunge, tylko wyszłoby im coś takiego" - cytując spotkanego przy piwie Anglika. Zachęca?
W ogóle, mimo, że nie ukrywam, że chłopcy są moimi ulubieńcami nie tylko muzycznie, to niesamowicie było popatrzyć na festiwal ich oczami. Dowiedzieć się, że w Polsce gra się ostrzej niż w Niemczech. Posłuchać, jak są zaskoczeni (a może nawet zdenerwowani) moim wyjaśnieniem, że na koncert SIQ przyszły tłumy PONIEWAŻ jest to zespół Ślimaka. Do tego wszystkiego, ponieważ chłopcy zapamiętali moje rekomendacje z lutego, to zażyczyli sobie zobaczyć następnego dnia Taco i Jazzombie. I w pierwszej chwili byłam oczywiście zachwycona. A zaraz potem pomyślałam, że to może być ciężkie przeżycie dla nas wszystkich. Wiem, że chłopaków zachwycają słowianki... ale co ze słowiańskim sznytem?
Jeśli chodzi o Taco, to zaraz na początku koncertu dostałam szturchańca od Czeszki (nie pytaj skąd wzięliśmy Czeszkę) z pytaniem "gdzie jest zespół?". Hm. "Nie ma?". "Jak to? W Czechach każdy raper występuje na żywo z zespołem. No bo jaki jest tego sens inaczej? Przecież inaczej to brzmi 1:1 tak jak na płycie." No i faktycznie. Boski Taco, na którego jesienią Warszawa wykupiła bilety w jeden dzień brzmiał 1:1 jak na płycie. I stał sobie tam tak daleko. I za dnia. I wiesz: dobry jest chłopak. Tylko koncert mógł być lepszy.
Moich towarzyszy rozbroiła całkowicie nazwa Pink Freud. Z nazwą Lao Che nie mogli sobie poradzić do końca wieczora. Natomiast jeśli chodzi o koncert Jazzombie, to kupieni byli jeszcze zanim się zaczął; widząc instrumentarium jakie zastali na scenie (a mówiła mama: nie poznawaj swoich idoli, nie zadawaj się z muzykami). I później było już tylko lepiej. Reakcje na "młody zespół, potrzebujący wsparcia" były na tyle, żywiołowe, że zaczęłam chwilami martwić się o przyszły stan parkietu. Sam zespół mam wrażenie, że był w jeszcze lepszej formie niż w Warszawie przed dwoma tygodniami. Wszystko wydawało się jednocześnie milion razy bardziej pokręcone i milion razy bardziej dopieszczone. I zazdroszczę tym, którzy widzieli Jazzombie po raz pierwszy. Bo dzięki tej showcase'owej formule, te krótkie koncerty nieznanych wcześniej zespołów mają ten urok pierwszej randki. Jeszcze nie jesteś pewien czy to będzie miłość, ale zanim się skończy nie możesz się już doczekać kolejnego spotkania.
Epilog
Zwykle z rezerwą podchodzę do rzeczy, w przypadku których zachwyt nad nimi wydaje się ich cechą definicyjną. wiesz... Vansy, Starbucks, Nosowska, czekolada. Przychodzi mi zaraz na myśl Gombrowicz i myśl, że wielka poezja będąc wielką i będąc poezją, nie może nas nie zachwycać, a więc zachwyca. To trochę podejrzane. I ten Spring Break też wydał mi się podejrzany. Bo skoro do tej pory odbyły się dwie edycje, to skąd już wiedzą, że zachwyca? Bo skoro to ma promować młodych zdolnych skurwieli, a mieszkamy w Polandii, to... no do diaska... przecież każdy kto był na dużym festiwalu, na koncercie gwiazdy wie jak kończą młodzi zdolni skurwiele: wypełniają miejsce na plakacie i przełamują ciszę przed występem headlinera (w tej kolejności).
Rozczarowałam się tutaj absolutnie. Naprawdę. I bardzo się z tego cieszę. Bo niezależnie od godziny, miejsca i stylu muzycznego każdy koncert wysłuchiwany był przez pełną salę. A często również przez hol, przedsionek, schody czy podwórze. Cudne to było. Słyszeć, że ludzie przyszli posłuchać zespołów, o których nie mieli pojęcia (o których często, nawet jeśli chciało się mieć pojęcie, to ciężko było znaleźć sensowne informacje), że ludzie zamiast zrobić sobie przerwę między koncertami ze swoich "must seen" list, chcieli przyjść i posłuchać czegoś o czym nie mieli bladego pojęcia, że niektórzy z nich przyjechali nie znając ani jednego zespołu. Przypomina to stare sentymentalne opowieści kolegów z czasów, kiedy najpierw wszyscy umawiali się na wyjście do klubu, a dopiero na bramce dowiadywali się kogo dzisiaj usłyszą.
I wtóre, ważniejsze: jak dla mnie nie było rozczarowań. Sama, mając dość okrojoną listę"must seen", dość okrojony czas i dość duże braki wiedzowe na temat rynku, wybierałam koncerty raczej metodą "chybił-trafił" lub "mam po drodze". Ewentualnie "nie mam po drodze, ale mam pół godziny". Zdecydowanie licząc się z tym, że mogą to nie być najlepsze decyzje w moim życiu. A jednak spędziłam cudne dwa wieczory.
Decyzja o przyjeździe do Poznania składała się z dwóch elementów. Po pierwsze: Jazzombie (o cudnie byłoby pojechać), po drugie: Consolers (widzimy się w Poznaniu). Zespół, który robi dokładnie to, co się nie opłaca i jest w tym absolutnie uroczy. Wystarczy powiedzieć, że najnowszy materiał wydadzą na kasecie magnetofonowej (sic). Do tego przynajmniej raz w roku przyjeżdżają zagrać koncerty w Polsce, na które przychodzi dziesięć, dwadzieścia osób. A największym szaleństwem jest to, że grają rocka w czasach kiedy w Niemczech nikt, kto chce się wybić nie gra już rocka. Mamy więc: trzech chłopców, trzy instrumenty, trochę inspiracji Hendrixem, trochę współczesnym indi. A efekt? "Chłopaki, wy gracie jak Nirvana! Znaczy, gdyby Nirvana zaczęła grać dzisiaj, to przecież nie poszli by w grunge, tylko wyszłoby im coś takiego" - cytując spotkanego przy piwie Anglika. Zachęca?
W ogóle, mimo, że nie ukrywam, że chłopcy są moimi ulubieńcami nie tylko muzycznie, to niesamowicie było popatrzyć na festiwal ich oczami. Dowiedzieć się, że w Polsce gra się ostrzej niż w Niemczech. Posłuchać, jak są zaskoczeni (a może nawet zdenerwowani) moim wyjaśnieniem, że na koncert SIQ przyszły tłumy PONIEWAŻ jest to zespół Ślimaka. Do tego wszystkiego, ponieważ chłopcy zapamiętali moje rekomendacje z lutego, to zażyczyli sobie zobaczyć następnego dnia Taco i Jazzombie. I w pierwszej chwili byłam oczywiście zachwycona. A zaraz potem pomyślałam, że to może być ciężkie przeżycie dla nas wszystkich. Wiem, że chłopaków zachwycają słowianki... ale co ze słowiańskim sznytem?
Jeśli chodzi o Taco, to zaraz na początku koncertu dostałam szturchańca od Czeszki (nie pytaj skąd wzięliśmy Czeszkę) z pytaniem "gdzie jest zespół?". Hm. "Nie ma?". "Jak to? W Czechach każdy raper występuje na żywo z zespołem. No bo jaki jest tego sens inaczej? Przecież inaczej to brzmi 1:1 tak jak na płycie." No i faktycznie. Boski Taco, na którego jesienią Warszawa wykupiła bilety w jeden dzień brzmiał 1:1 jak na płycie. I stał sobie tam tak daleko. I za dnia. I wiesz: dobry jest chłopak. Tylko koncert mógł być lepszy.
Moich towarzyszy rozbroiła całkowicie nazwa Pink Freud. Z nazwą Lao Che nie mogli sobie poradzić do końca wieczora. Natomiast jeśli chodzi o koncert Jazzombie, to kupieni byli jeszcze zanim się zaczął; widząc instrumentarium jakie zastali na scenie (a mówiła mama: nie poznawaj swoich idoli, nie zadawaj się z muzykami). I później było już tylko lepiej. Reakcje na "młody zespół, potrzebujący wsparcia" były na tyle, żywiołowe, że zaczęłam chwilami martwić się o przyszły stan parkietu. Sam zespół mam wrażenie, że był w jeszcze lepszej formie niż w Warszawie przed dwoma tygodniami. Wszystko wydawało się jednocześnie milion razy bardziej pokręcone i milion razy bardziej dopieszczone. I zazdroszczę tym, którzy widzieli Jazzombie po raz pierwszy. Bo dzięki tej showcase'owej formule, te krótkie koncerty nieznanych wcześniej zespołów mają ten urok pierwszej randki. Jeszcze nie jesteś pewien czy to będzie miłość, ale zanim się skończy nie możesz się już doczekać kolejnego spotkania.
- w sumie to ze Spring Break'a wracam.
- i jak tam?
- zajebiście naprawdę, tylko wiesz, koncerty po 30 minut.
- to tak jakby pierwsza randka.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz