Nie zliczę podejść, które zrobiłam do reanimacji tego bloga (może powinnam kiedyś napisać o tym "jak nie pisać bloga"?). Tym razem za sprawę zabrałam się metodycznie...
...to znaczy sprawdziłam, co w trawie piszczy i natknęłam się na świeże podsumowanie roku sporządzane przez ZPAV. W dalszym ciągu nie mogę wyjść z podziwu, jak to możliwe, że ta instytucja, zajmując się przemysłem kulturowym, może w dalszym ciągu funkcjonować tak jakby lata dziewięćdziesiąte były dziesięć lat temu. Tak - piję głównie do ich najbrzydszych na świecie, html'owych stron internetowych (na czele z OLiS'em) na których nie dzieje się nic, a jeśli już coś się dzieje, to niewiele z tego wynika.
Moje analityczne serrrduszko cierpi do tej pory. Bo jak tak można w ogóle, że "Polska branża muzyczna podsumowała rok 2015. Wartość rynku wzrosła..." - przepraszam najmocniej, ja też, czasem mam bardzo silną potrzebę być pępkiem świata, ale polska branża muzyczna zdecydowanie nie kończy się na przemyśle fonograficznym. Sorri.
Po wtóre, zaserwowanym danym musimy wierzyć na słowo, bo niespecjalnie istnieje możliwość ich weryfikacji. W tym roku (2015) ZPAV postanowił nam zaprezentować estymowane dane hurtowe, a w zeszłorocznym podsumowaniu (2014) - dane-niespodziankę (nie znalazłam nigdzie informacji na ich temat). Jednocześnie są pewne podstawy, żeby przypuszczać, że dane-niespodzianka nie są danymi hurtowymi, bo wówczas oznaczałoby to, że z perspektywy ZPAV tegoroczne 232 mln PLN to wynik lepszy niż zeszłoroczne 348 mln PLN, a obronienie tej tezy nie byłoby łatwe. Do dupy z czymś takim. A jeśli już nie możemy w żaden sposób zwiększyć wartości informacyjnej danych, to niech, do diaska, chociaż wyglądają bardziej sexy. Nie pomoże, jasne. Ale też nie zaszkodzi.
Podsumowanie niewiadomoczego...
...by ZPAV (fragment)
...by dzieckowczasie.blogspot.com (trochę inny fragment)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz