Jest w Internetach takie nagranie... którego absolutnie nie powinnam tu umieszczać. Ale przypadkowo jest to jedno z moich ulubionych nagrań z koncertów na yt. Przypadkowo nagrał je bardzo bardzo dawno temu ktoś z mojego liceum (teraz, kiedy o tym myślę, to... nie wiem skąd to wiem). Bo rzecz działa się w Krakowie. W historii Pidżamy Porno były co najmniej dwa grudniowe elementy: "Grudniowy blues o Bukareszcie" i grudniowe koncerty urodzinowe. Właśnie na urodzinach Pidżamy, w 2006 roku, gościem był Tomek Kłaptocz z Akuratów. Nagranie "Lubię mówić z Tobą" z tego koncertu jest po prostu f-a-t-a-l-n-e. Lepiej nie ryzykować włączania go bez wyciszenia do maksimum głośników. Tak naprawdę... ani Tomka, ani Grabaża nie słychać... "ale też jest zajebiście". Dla mnie najlepiej na świecie oddaje klimat tej piosenki i kropka.
Akuratów poznałam, podobnie jak sporo innych zespołów, między latem, a jesienią rzeczonego 2006 roku. Akurat ukazały się wtedy reedycje ich dwu pierwszych albumów. Muzycznie trąbki, harmonijki i inne przeszkadzajki sytuowały ich bardziej w ska. Specyficzna "estetyka" tekstów - bardziej w punku. Pozwalam sobie pisać o nich w czasie przeszłym, bo odkąd zespół opuścił wokalista "Akurat bez Tomka to nie Akurat". Po prostu. Zdania nie zmienię. Jak całkiem liczna grupa fanów.
A może trzeba podejść do tego mniej sentymentalnie? Jest taki cytat, z książki "Nie ma jak w domu" Steve'a Wright'a:
"Z drugiej strony szkoda, że wiele kawałków Banksy'ego zniknęło, ale to przecież street art - jest ulotny. Nie oczekujemy, że pójdziemy na koncert Pink Floyd w oryginalnym składzie, więc dlaczego mielibyśmy widzieć oryginalne prace Banksy'ego? Street art, tak samo jak muzyka, cały czas się zmienia".
I może właśnie o to chodzi? Że ten czas, do 2008 roku to był czas Akuratów? Że powstały trzy płyty, które są absolutnie warte uwagi. I to, że powstały te trzy jest ważniejsze, niż to, że nie powstała czwarta? Tylko jakoś czasem trudno tak myśleć. Zwłaszcza jeśli komuś marzy się pośpiewać z Tomkiem, że "Lubię mówić z Tobą".
Ale czasem cuda się zdarzają. I można niespodziewanie, siedząc na jakiejś zalesionej górce z widokiem na Woodstokową scenę, usłyszeć "Do prostego człowieka" w czasie koncertu "Buldoga"... którego wokalistą jest teraz Tomek (o! dokładnie TO!).
A wracając do Akuratów, to niekwestionowaną faworytką wśród ich płyt jest dla mnie debiutancka "Pomarańcza". Te kolejne, w porównaniu z "Pomarańczą"... hmmm.... tylko mają momenty. Jeśli miałabym powiedzieć jaka jest ta płyta, to powiedziałabym, że "zrobiona po swojemu". Dosłownie i w przenośni - nagrana własnym sumptem, we własnej estetyce. W estetyce, którą można pokochać, albo znienawidzić. Nie wszyscy są w stanie znieść dosłowność "całowania w dupę kultury masowej" ze wszystkimi konsekwencjami. Teraz, kiedy myślę o Akuratach, to przychodzą mi na myśl Łąki Łani. Oczywiście, estetyka jest absolutnie odmienna. Ale w obu przypadkach jest w tym jakaś pokręcona konsekwencja. I jeżeli raz usłyszysz ich piosenkę raz, to nie pomylisz ich nigdy z nikim innym (jeśli słuchasz czasem radia, to prawdopodobnie wiesz o czym mówię).
Moim numerem jeden jest oczywiście "Lubię mówić z Tobą" (która w wersji możliwej do wysłuchania brzmi TAK). Poza tym, jest też piosenka "Pomarańczowa mantra", z której pochodzi jeden z moich ulubionych cytatów:
"A ty przychodzisz, patrzysz na mnie, mówisz: ten sok z marchwi ci chyba nie służy".
Mantry właściwie są jeszcze przynajmniej dwie: "Droga długa jest" i "Nie same dźwięki złe". I niewątpliwie wkręcają się w głowę. Każda z innej okazji. I nie tylko one. I jeszcze niezaprzeczalnie się wkręca Hahahaczyk (i słuchając go, nie można się do siebie nie uśmiechnąć).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz