You can't always get what you want, but if you try sometimes well you just might find... you get what you need.
Mimo, że zaczęłam od Stones'ów, to będzie o kimś innym. Chociaż Stones'i też będą mieli swoje pięć minut w tej historii.
Po wczorajszym dniu, a właściwie po wczorajszej nocy, będę musiała skorygować Top10 koncertów, w których kiedykolwiek uczestniczyłam. I to wszystko za sprawą... no cóż... 60-letniego Niemca o wyjątkowo pogodnym usposobieniu. O koncercie, jak wiesz, dowiedziałam się zupełnym przypadkiem, i gdyby nie ten przypadek wtedy, to do dziś nie miałabym pojęcia. Trochę przerażała mnie wizja konieczności wysłuchania "jakiegoś bocheńskiego supportu", koncertu w sali kinowej, koncertu w Bochni. Tymczasem wszystko to okazało się bardzo bardzo pozytywne i było tylko jeszcze lepiej. Sala kinowa Kina Regis zaczęła się dość szczelnie wypełniać fanami gitarowego grania: młodszymi ode mnie, mrocznymi chłopcami z pokręconymi włoskami, ale przede wszystkim tymi panami, którzy kochali Scorpionsów zanim się jeszcze urodziłam. Większość z nich, bardzo taktownie, przywdziała koszuli z tras z lat 70-tych, z czasów kiedy Uli był gitarzystą Scorpionsów. Był nawet pan w koszulce "Fly to the Rainbow" (choć tak szczerze mówiąc, to nikt jej nie lubi... okładki, nie płyty). Mój sąsiad opowiedział nam, że jego pierwszym koncertem w życiu byli Animals'i w Krakowie... w 1965 roku [sic!] i jeszcze pożyczył ode mnie pisak (różowy) i pobiegł do Jurka Styczyńskiego (siedzącego dwa rzędy przed nami). Wiesz, to wszystko zapowiadało atmosferę święta muzyki.
Okazało się, że suport (już nie młody z resztą jak na suport), jak wskazuje jego nazwa (Evening Standards), gra standardy wieczorową porą. No i zagrali. Zagrali Stones'ów - "Under My Thumb" i (dla równowagi) Beatlesów - "While My Guitar Gently Weeps..." i zagrali Toma Petty'ego, Bad Company i jeszcze chłopaka z Delty [!], Kenny'ego Wayne'a Shepard'a. Kupili mnie. W międzyczasie okazało się, że koncert zagra też zespół towarzyszący Uli'emu na scenie, czyli Crystal Breed. I chłopaki też dali radę. To znaczy, nie wątpiłam w to ani chwili, ale dali fajny, energetyczny koncert, w czasie którego widać było, że robią to, co kochają, że sprawia im to przyjemność, że się tym bawią. I widać było też, że są szczęśliwi. Może tylko lekko speszeni pozytywnym przyjęciem w mieście, o którym do wczoraj nie mieli pewnie pojęcia, że istnieje.
Uli Jon Roth, który jeszcze chwilę temu kręcił się gdzieś po korytarzach w obłędnym niebieskim futrze, wyszedł na scenę w zupełnie innym outficie, całkowicie podporządkowanym swojej Sky Guitar (a dokładnie kolorom kamieni szlachetnych, którymi ją ozdabia) i w tym gwiazdorskim stroju... usadowił się w samym kącie sceny, tak że wydawało się, że gdyby tylko mógł, to chowałby się jeszcze głębiej za perkusistą, ale przeszkadza mu w tym obecność ściany. Ale takie wrażenie trwało krócej niż pół minuty, czyli do czasu kiedy z jego gitary wydobyły się pierwsze dźwięki... . Te nie pozostawiały wątpliwości, co do tego, co mieli na myśli, ci, którzy nazwali go wirtuozem. Mam poczucie, że półtorej godziny minęło mi jak pięć minut. Z drugiej strony każda sekunda w tym czasie była wypełniona kwintesencją gitarowego grania, które tak zaważyło na stylu Scorpionsów w latach 70-tych. I dalibóg! Żałowałam wczoraj, że nie urodziłam się trzydzieści lat wcześniej, kiedy set Scorpionsów składał się dokładnie z tego materiału; wiesz (kurde... chyba nie wiesz): Dark Lady, Catch Your Train, Pictured Life... We'll Burn the Sky. No i kiedy to właśnie Uli z nimi grał (z całą miłością dla Mathiasa, jego diastemy i jego ss-mańskiego uśmiechu). I wczoraj, przez te 90 minut nie było momentu, w którym można by przestać skupiać się na każdym pojedynczym dźwięku, ani nie było momentu, w którym chciałoby się oderwać wzrok od palców zasuwających tam i z powrotem po gryfie. Przez cały koncert widać też było, że Uli nie daje prostego zadania swojemu zespołowi, który z podobnym skupieniem, jak cała publiczność wsłuchiwał się i wpatrywał w jego grę (choć z nieco innych przyczyn). I naprawdę, naprawdę, to był niesamowity wieczór. I cieszę się, że spędziłam go siedząc w kinowym fotelu, bez smartfona, bez aparatu... skupiając się tylko na muzyce. The muzyce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz