sobota, 13 września 2014

13.09.2014 (we'll burn the sky)

You can't always get what you want, but if you try sometimes well you just might find... you get what you need.

Mimo, że zaczęłam od Stones'ów, to będzie o kimś innym. Chociaż Stones'i też będą mieli swoje pięć minut w tej historii. 

Po wczorajszym dniu, a właściwie po wczorajszej nocy, będę musiała skorygować Top10 koncertów, w których kiedykolwiek uczestniczyłam. I to wszystko za sprawą... no cóż...  60-letniego Niemca o wyjątkowo pogodnym usposobieniu. O koncercie, jak wiesz, dowiedziałam się zupełnym przypadkiem, i gdyby nie ten przypadek wtedy, to do dziś nie miałabym pojęcia. Trochę przerażała mnie wizja konieczności wysłuchania "jakiegoś bocheńskiego supportu", koncertu w sali kinowej, koncertu w Bochni. Tymczasem wszystko to okazało się bardzo bardzo pozytywne i było tylko jeszcze lepiej. Sala kinowa Kina Regis zaczęła się dość szczelnie wypełniać fanami gitarowego grania: młodszymi ode mnie, mrocznymi chłopcami z pokręconymi włoskami, ale przede wszystkim tymi panami, którzy kochali Scorpionsów zanim się jeszcze urodziłam. Większość z nich, bardzo taktownie, przywdziała koszuli z tras z lat 70-tych, z czasów kiedy Uli był gitarzystą Scorpionsów. Był nawet pan w koszulce "Fly to the Rainbow" (choć tak szczerze mówiąc, to nikt jej nie lubi... okładki, nie płyty). Mój sąsiad opowiedział nam, że jego pierwszym koncertem w życiu byli Animals'i w Krakowie... w 1965 roku [sic!] i jeszcze pożyczył ode mnie pisak (różowy) i pobiegł do Jurka Styczyńskiego (siedzącego dwa rzędy przed nami). Wiesz, to wszystko zapowiadało atmosferę święta muzyki. 

Okazało się, że suport (już nie młody z resztą jak na suport), jak wskazuje jego nazwa (Evening Standards), gra standardy wieczorową porą. No i zagrali. Zagrali Stones'ów - "Under My Thumb" i (dla równowagi) Beatlesów - "While My Guitar Gently Weeps..." i zagrali Toma Petty'ego, Bad Company i jeszcze chłopaka z Delty [!], Kenny'ego Wayne'a Shepard'a. Kupili mnie. W międzyczasie okazało się, że koncert zagra też zespół towarzyszący Uli'emu na scenie, czyli Crystal Breed. I chłopaki też dali radę. To znaczy, nie wątpiłam w to ani chwili, ale dali fajny, energetyczny koncert, w czasie którego widać było, że robią to, co kochają, że sprawia im to przyjemność, że się tym bawią. I widać było też, że są szczęśliwi. Może tylko lekko speszeni pozytywnym przyjęciem w mieście, o którym do wczoraj nie mieli pewnie pojęcia, że istnieje. 

Uli Jon Roth, który jeszcze chwilę temu kręcił się gdzieś po korytarzach w obłędnym niebieskim futrze, wyszedł na scenę w zupełnie innym outficie, całkowicie podporządkowanym swojej Sky Guitar  (a dokładnie kolorom kamieni szlachetnych, którymi ją ozdabia) i w tym gwiazdorskim stroju... usadowił się w samym kącie sceny, tak że wydawało się, że gdyby tylko mógł, to chowałby się jeszcze głębiej za perkusistą, ale przeszkadza mu w tym obecność ściany. Ale takie wrażenie trwało krócej niż pół minuty, czyli do czasu kiedy z jego gitary wydobyły się pierwsze dźwięki... . Te nie pozostawiały wątpliwości, co do tego, co mieli na myśli, ci, którzy nazwali go wirtuozem. Mam poczucie, że półtorej godziny minęło mi jak pięć minut. Z drugiej strony każda sekunda w tym czasie była wypełniona kwintesencją gitarowego grania, które tak zaważyło na stylu Scorpionsów w latach 70-tych. I dalibóg! Żałowałam wczoraj, że nie urodziłam się trzydzieści lat wcześniej, kiedy set Scorpionsów składał się dokładnie z tego materiału; wiesz (kurde... chyba nie wiesz): Dark Lady, Catch Your Train, Pictured Life... We'll Burn the Sky. No i kiedy to właśnie Uli z nimi grał (z całą miłością dla Mathiasa, jego diastemy i jego ss-mańskiego uśmiechu). I wczoraj, przez te 90 minut nie było momentu, w którym można by przestać skupiać się na każdym pojedynczym dźwięku, ani nie było momentu, w którym chciałoby się oderwać wzrok od palców zasuwających tam i z powrotem po gryfie. Przez cały koncert widać też było, że Uli nie daje prostego zadania swojemu zespołowi, który z podobnym skupieniem, jak cała publiczność wsłuchiwał się i wpatrywał w jego grę (choć z nieco innych przyczyn). I naprawdę, naprawdę, to był niesamowity wieczór. I cieszę się, że spędziłam go siedząc w kinowym fotelu, bez smartfona, bez aparatu... skupiając się tylko na muzyce. The muzyce.

A potem, kiedy już emocję opadły, zebrali się "ci wszyscy winylowcy, ześwirowani", żeby podpisać całą swoją kolekcję. A na plakacie, który przypadkiem dostałam, Uli napisał mi, że podpalimy niebo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz