[Są osoby, które uważają mnie za niezłą sucz.
A ja chcę przywieźć najlepszy materiał]
Na wywiad poleci na koniec świata. Bez względu na wszystko,
liczy się tylko "wyłączność" i "jedyny w Polsce".
Prenumeruje francuskiego "Vogue'a" i zna wszystkie sesje Kate Moss na
pamięć. Anna Gacek, mimo zatrzęsienia radiowych osobowości, w Trójce odnajduje
się świetnie. Prowadzi autorskie "Atelier" i "W tonacji
Trójki", gdzie ku frajdzie słuchaczy przekomarza się z Wojciechem Mannem.
- Ja nie robię audycji dla branży, robię je dla ludzi. Nigdy nie nazywałam się
dziennikarką alternatywną czy niszową - mówi w rozmowie z Gazeta.pl
Słyszałem, że namiętnie czytasz polskie serwisy muzyczne.
- ???
No to powiedz: jakie?
- Wiem, że to zdanie zrobi ze mnie niezbyt przyjemną osobę,
ale po co sięgać niżej, skoro mogę wyżej?
I dziwisz się, że branża za tobą, delikatnie mówiąc, nie
przepada?
- Ja nie robię audycji dla branży, robię je dla ludzi. Nigdy
nie nazywałam się dziennikarką alternatywną czy niszową. Kocham popkulturę,
która mnie fascynuje. Kocham też emocje. Mam wrażenie, że bez nich jesteś
naukowcem, badaczem, który z dystansem sprawdza zgodność nut, długość solówki,
czystość dźwięku, jakość nagrania.
A ja mam wrażenie, że zdarza ci się być na antenie czy w
wywiadzie ostentacyjnie niezdystansowaną.
- Jakiś przykład?
...
- Posługuję się emocjami, one są dla mnie najważniejsze.
Gdyby ich nie było, to nie byłoby żadnych wywiadów. Nie jest tajemnicą, że za
wszystkie loty i hotele płacę z mojej kieszeni. Nie dorobiłam się niczego w
życiu poza stertą wywiadów, wrażeń i wspomnień. To w wymiarze finansowym nigdy
się nie zwróci. Wywiady z dziennikarzem z tak małego kraju jak Polska nie są
ustawiane z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, tak planowane są promocje na
największych rynkach. Jak masz szczęście, to po miesiącach starań, na tydzień,
kilka dni przed rozmową, usłyszysz:Jest dla ciebie kwadrans, chcesz? W takiej
sytuacji nie kupisz już biletu do Amsterdamu za 600 zł, ale za 2000. Kiedyś
poleciałam na wywiad za 3820 zł, pamiętam. Wywiad taki sobie zresztą. Jeśli nie
byłoby to pasją, nie robiłabym tych rzeczy. Ale ja to uwielbiam - muzykę i muzyków,
ubóstwiam to coś, co wytwarza się między publicznością i wykonawcą na scenie.
Od tego jestem uzależniona. To, że udało się zrobić z tego moje życie, uważam
za największy sukces.
Ta niezwykle agresywna reakcja słuchaczy na twoją audycję o
Kate Moss sprzed trzech lat musiała być dla ciebie szokująca?
- Z reakcjami na bycie osobą jakoś tam rozpoznawalną, na
temat której ludzie mają - często nieprzychylne - zdanie, musiałam się oswajać.
Przerobiłam wszystkie fazy, począwszy od tego, co będzie, jak źle wyjdę na
zdjęciu ze słuchaczami. Jestem próżną kobietą, więc jest to dla mnie istotne.
Nieprzyjemne komentarze musiałam sobie jakoś wytłumaczyć, zracjonalizować.
Wtedy mnie nimi zasypano. Po raz pierwszy - i jedyny - w trakcie audycji
zamknęłam skrzynkę odbiorczą. A po niej poszłam na wódkę. Na szczęście szybko
się okazało, że są i moi wspaniali słuchacze. I że nie jest ich tak mało.
Widziałem, jak zaczepiali cię na Off Festivalu!
- Na Offie robiłam w sobotę czterogodzinną audycję z
backstage'u. To miejsce dość dobrze chronione przed niepożądanymi gośćmi i pod
koniec audycji zobaczyłam kątem oka, że przy wejściu czeka kilka osób.
Oczywiście byłam przekonana, że czekają na jakiegoś muzyka. Mój kolega, który
mnie zmieniał na antenie, podszedł do nich, po czym wrócił z triumfalnym
uśmiechem, oświadczając: To na ciebie czekają. To przemiłe.
Na OWF było podobnie.
- Te śliczne młode dziewczyny pochodziły do mnie przed
koncertem Florence and The Machine, pokazywały swoje piękne wianki i mówiły: To
dzięki tobie. I to nie jedna ani dwie, tylko kilkanaście... Po tym wszystkim,
po tej całej fali krytyki, długo nie chciałam uwierzyć, że ktoś może podejść i
powiedzieć coś miłego, tyle tego mułu się przelało. Ja już sobie to ułożyłam w
głowie: ludzie mnie nie znoszą. Do dzisiaj zresztą jawię się ciągle jako osoba
kontrowersyjna, wzbudzam skrajne emocje. Musiałam w sobie coś wreszcie
otworzyć, żeby zacząć przyjmować milsze komunikaty. Dziś, jak dostaję mejla:
Pani Aniu, widziałem Panią, ale nie chciałem przeszkadzać... myślę sobie: Ależ
proszę bardzo!
Wydaje mi się, że te nieszczęsne komentarze, agresywne mejle
i reakcje uderzały w czulszy punkt, bo tu nie chodziło o literówkę, błąd
merytoryczny, ale o gust i muzyczną dojrzałość.
- Mam to szczęście, że obok mnie są wielkie radiowe
nazwiska, i to są moje uszy, to są moje oczy, to są moje instancje, do których
mogę się zwrócić z pytaniem. Bardzo się uczepiłeś tej audycji, a to było
naprawdę dawno temu. Wiele nie pamiętam.
Bo to był przełom.
- To było o tyle przełomowe, że ja od tego momentu
przestałam się przejmować. Ta audycja była w środę i to było lato, więc trwał
sezon zastępstw. Kolejną audycję miałam w piątek, po tej fali absolutnie
beznadziejnej reakcji słuchaczy reprezentujących rzekomo kulturę wysoką.
Doszłam do wniosku, że to się już przelało - po prostu byłam pogodzona z tym,
że ludzie mnie nie lubią. Więc pomyślałam, że równie dobrze mogę teraz zrobić
audycję z myślą przede wszystkim o sobie. Zagrać te piosenki, których słuchałabym
teraz w domu. I nie wiem, co się stało, ale dostałam tyle niesamowitych
mejli... To był przedziwny tydzień. Taka fala niechęci i taka fala sympatii -
oszołamiające. Coś się wtedy zmieniło i ta szala zaczęła się ustalać zupełnie
inaczej.
Tańczysz na koncertach?
- Nie stałam się zblazowanym dziennikarzem, jeśli o to ci
chodzi. Natomiast, owszem, w Polsce wstydziłam się tańczyć i bawić wśród ludzi.
Jeszcze ktoś zrobi mi głupie zdjęcie - nie daj Boże! Po raz pierwszy od lat
poszłam tańczyć pod scenę na tegorocznym OWF.
Na czym?
- Kasabian. Ale średnio mi się podobali. To jest, niestety,
problem koncertów, które są na początku trasy, wszystko się jeszcze rozkręca.
Poza tym chwilę przed ich koncertami w Leicester czy na Glastonbury czułam, że
uczestniczę w czymś nie na 100 proc., że najlepsze przed nimi. Ale poszłam
tańczyć, śpiewać, drzeć się i było wspaniale! Przydały się lekcje baletu -
dawno nie przeskakałam całego koncertu. Powoli wracam do śpiewającej i
tańczącej mnie. Ale rzeczywiście, przez ostatnie lata, tu, w kraju, stałam z
boku.
Twój najgorszy wywiad?
- Rozmowa z Alison Goldfrapp z 2010 roku. Kiedy rozmawiałam
z nią w Berlinie w 2005 roku, było wspaniale - siedziałyśmy w maleńkiej
garderobie, całej wypełnionej tymi iskrzącymi strojami. Czułam się jak w
złotych czasach glam rocka, miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy gdzieś
wymalowany David Bowie. Wtedy zrobiłyśmy naprawdę ciekawą rozmowę, ale później
przez kilka lat nie udało się spotkać. Po kilkunastu próbach okazało się, że w
grę wchodzi tylko rozmowa telefoniczna. Goldfrapp ma opinię diwy, ale ja też,
więc sobie z diwami nieźle radzę. Przynajmniej tak mi się wydawało. A tutaj
odpowiadała mi jakimiś bełkotliwymi półsłówkami, co w radiu jest masakrą.
Unikała odpowiedzi, była wyraźnie zirytowana. W jedenastej minucie rozmowy, a
raczej męczarni, nie wytrzymałam i podziękowałam. Rzucając słuchawką.
Oddzwoniła?
- Oczywiście, że nie. Ale sekundę później pomyślałam sobie:
Nie, to się nie może tak skończyć. Serio, pokonała mnie? Bo miała zły humor?
Postanowiłam zawalczyć. Napisałam do menedżera, że ten wywiad się nie nadaje,
potrzebujemy innego i w tym celu najlepiej byłoby się jednak spotkać. Jakimś
cudem udało się ustawić ten wywiad w Londynie chwilę później. Myślę, że
przeczytałam wszystko, co zostało opublikowane, nagrane i pokazane w już wtedy
ponad 10-letniej karierze duetu Goldfrapp. Przyjechałam obkuta jak na egzamin.
Generalnie przed każdym wywiadem żyję życiem mojego rozmówcy przez minimum
tydzień. Przyjechałam zabezpieczona w głowie na każdą ewentualność. Wiedziałam,
że mnie nie pokona. I jest taki moment tej rozmowy, kiedy ona się śmieje. Kiedy
to do mnie dotarło, poczułam się jak na szczycie. To był piękny wywiad.
Opowiadała o tym, jak jeździła w polskie Tatry, o swoich najdziwniejszych
kreacjach scenicznych - na luzie, z poczuciem humoru.
Trafiłaś na jej lepszy dzień.
- Być może. Ale czułam, że się napracowałam. I to jest to,
bo nie lubię łatwych zadań. W warunkach zagranicznych masz 20 minut i do
widzenia. Nie ma czasu na zbędne pytanie. To cię uczy niesamowitej dyscypliny,
nie możesz stracić ani jednej minuty. Najpiękniejszy jest ten moment, kiedy
wchodzi menedżer i mówi, że to już ostatnie pytanie, a twój rozmówca na to:
Nie, nie, jeszcze gadamy!
Z Lilly Allen tak miałaś na OWF?
- Nie.
Kolega nie zdążył zrobić wywiadu, bo Gacek 40 minut
siedziała.
- (śmiech) Coś mi się uruchamia w temacie wywiadów. Jestem
jak myśliwy, który poluje. Domyślam się, że są osoby, które uważają mnie za
niezłą sucz. Ale jestem po to, żeby przywieźć najlepszy dziennikarski materiał.
A solidarność środowiskowa?
- Nikomu nie zrobiłam świństwa. Poza tym takich sytuacji
jest niewiele, bo staram się robić rzeczy raczej na wyłączność, żeby być
pierwszą.
Jedno mnie dziwi: jak pracę w zamkniętym, ciemnym, niewidocznym
dla świata radiowym studio znosi ktoś, kto jest tak aktywnie zaangażowany w
modę i kreację siebie?
- Wiesz co, ja to chyba lubię. Uwielbiam, że radio daje ci
względną, ale jednak anonimowość. Bardzo nie podoba mi się perspektywa jej
utraty. Właściwie to ona mnie przeraża. Prowadzę taki, a nie inny tryb życia,
więc przydaje mi się to, że mam jeszcze swobodę.
Myślisz o telewizji? Padły już jakieś propozycje?
- Jeśli, to bardziej w kategorii wyzwania. Uwielbiam, ale
czasem kwestionuję kameralny charakter radia. Kiedy jesteś w studiu
telewizyjnym i widzisz, ilu ludzi tam pracuje na tę jedną osobę występującą
przed kamerą, to coś się uruchamia, coś gra na tej mojej próżnej wewnętrznej
nucie. Ten cały wielki, kolorowy, iskrzący świat. To jest coś, co mnie kręci.
Bardziej skala przedsięwzięcia niż samo to, że jestem przed kamerą i ludzie na
mnie patrzą. To mnie paradoksalnie odrzuca. Ale dopuszczam możliwość, że kiedyś
za bardzo się oswoję z tym, co robię. Poza tym przemiłe jest, kiedy ktoś cię
poznaję po głosie. Kiedy twoją jedyną wizytówką jest właśnie on. Bez względu na
to, jaki on jest (śmiech).
Jak się odnajdujesz w konstelacji trójkowych gwiazd?
- To jest gromada silnych osobowości, głosów, które mają
rozpoznawalne nazwiska, co w dzisiejszych czasach nie jest już normą. Plusem
tej sytuacji jest, że każdy ma jednak swoje poletko. Każdy ma swoją wolność,
więc mało prawdopodobne, że druga osoba będzie dokładnie taka sama w swojej. To
jest prawdziwa mieszanka wybuchowa i Magda Jethon musi się nieźle napracować,
by nad nami wszystkimi względnie zapanować.
Z Mannem chyba odnajdujesz się naprawdę nieźle. Jak to się
właściwie zaczęło?
- Zaczęliśmy od telewizji. Pracowałam jednorazowo na
zastępstwie jako jego wydawca. I już po programie zapytał mnie, kim ja
właściwie jestem. Nie byłam wtedy jeszcze antenowa, ale miałam spory dorobek
pisarski i to jest coś, czym mogłam się pochwalić. Powiedział: Wiesz, robię
taki cykl w TVP Kultura i może mogłabyś coś wprowadzić. Mówię: Pewnie! I tak
się testowaliśmy. Ja zakuwałam długie godziny przed każdym nagraniem. Całą noc
się uczyłam, licząc na mocny make-up. I później padła propozycja, że powinniśmy
coś razem robić na antenie. Pamiętam naszą pierwszą audycję. Byłam tak
niesamowicie zmobilizowana, adrenalina
trzymała mnie trzy dni i usnęłam po 70 godzinach. Takiego nakręcenia z niczym
nie potrafię porównać. A sama audycja to coś jak partia w szachy, w które lubię
grać. Oczekiwania na ruch przeciwnika itp. Jest spontanicznie, nic nie jest
planowane. Umawiamy się tylko na temat, np. piosenki o kwiatkach. Nigdy nie
wiadomo, dokąd nas ta audycja poprowadzi.
Bywały moment, że miałaś wrażenie, że rozmowa zmierza w
fatalnym kierunku i kombinowałaś, jak wybrnąć?
- Nie, ale bywało, że mogłam umrzeć ze śmiechu. Kiedyś
byliśmy na antenie i w kieszeni kurtki redaktora zaczął dzwonić telefon
dźwiękiem bluesowej gitary. O, dzwoni panu telefon. On konsekwentnie i
absurdalnie zaprzecza. Telefon nie przestawał dzwonić, ugotowaliśmy się
totalnie, jakoś wybrnęliśmy z tej sytuacji i poprowadziliśmy merytorycznie
wątek do zapowiedzi piosenki. Już czuliśmy, że opanowaliśmy ten atak śmiechu
tylko po to, żeby później odezwał się dźwięk SMS, czyli dzięcioła uderzającego
w drzewko. Nie wytrzymaliśmy, w połowie zdania machnęłam, że gramy piosenkę.
Mann, Baron, Kaczkowski A co ty dajesz Trójce?
- (chwila ciszy) Hm, kurczę, wychodzi na to, że całe serce.
Tyle pomysłów, tyle szalonych akcji. Niezapomniany benefis Urszuli Dudziak...
Dzień po nim dostałam zapaści w drodze na koncert Fleetwood Mac w Londynie, mój
organizm się zbuntował, to był miesiąc szalonej pracy. Ta niezwykła audycja z
Malikiem Bendjelloul, reżyserem „Sugar Mana”, osobista, wręcz intymna rozmowa z
Lou Doillon, poruszający wywiad z Florence Welch Walczyłam o niego dziewięć
miesięcy i myślałam, że się nie uda. To był jedyny wywiad dla polskich mediów
ery płyty „Ceremonials”. Tak, wtedy wiedziałam, że przywiozłam coś naprawdę
wartościowego, a mam rzadko takie poczucie. Materiał pokazał artystkę w stanie
kompletnego rozpieprzenia życia spełnionym marzeniem. Więc jeśli mnie pytasz o
konkret, odpowiem: wywiady! Tak często padało to zdanie:Jedyny polski, pierwszy
polski - wszyscy rozmawiali już ze mną, od Arcade Fire po Jacka White'a. Lata
temu.
Racja, ale pamiętajmy, że Trójka otwiera wiele drzwi,
spośród których spora część dla innych jest zamknięta.
- Jasne, ale nie przesadzaj. To i tak są dziesiątki mejli,
negocjacji, znajomości i często porażek. Dzwonisz do menedżera, a pierwsze, o
co zapyta, to sprzedaż płyt w Polsce. I co mówisz? Pamiętam, jak walczyłam o
The Kills. Tam nieustannie padało to cholerne pytanie. I kiedy się udało,
przywiozłam ponad 40-minutowy wywiad dla Trójki. Chcieliśmy - i ja, i oni -
nadrobić wszystkie te lata czekania. Wypalili w trakcie rozmowy trzy paczki
papierosów. Nawet najwięksi fani podobno jeszcze się czegoś o nich dowiedzieli.
Jak się żyje między Paryżem, Nowym Jorkiem i Warszawą?
- Znowu się pewnie podkładam, ale dla mnie moje życie nie ma
granic, moje życie ma przystanki. Ja się niespecjalnie czuję stąd. Bardzo dużo
czasu spędzam za granicą. Większość moich przyjaciół nie jest z Polski. Czasem
jest przystanek o nazwie Warszawa, czasem Londyn, a czasem Nowy Jork. Wszędzie
czuję się jak u siebie.
Owszem, podkładasz się.
- Tak sobie ułożyłam to moje życie, że odcięłam się od
rzeczywistości. Ona mnie w jakimś stopniu dotyka, ale nie tak znacznym jak
resztę. Najbliższe mi osoby to jednak artyści, te niebieskie ptaki, które normy
społeczne mają trochę w nosie. Pamiętam, że kiedyś chłopak mojego przyjaciela
zdziwił się moimi problemami. Nie mogłam polecieć do Paryża, bo był koncert
Beyoncé na Narodowym. Ale naprawdę ciężko pracuję, żeby moje życie składało się
właśnie z takich problemów. Punkt wyjścia miałam taki jak większość: klasa
średnia, porządni rodzice, porządny dom. Nic nie wskazywało na to, że to będzie
artystyczne, szalone życie.
Można się odkleić do końca. Ale wtedy już się chyba nie jest
dziennikarzem.
- To nie jest tak, że nie wiem, po ile jest chleb. Odcięłam
się jednak od prozy życia. Nie dotyczą mnie kredyty, żadne umowy. Mnie to nie
interesuje. Nie mam samochodu. Nie mam wielu rzeczy. Żyję w moim świecie
samolotów, koncertów, muzeów, butików. Jeśli ktoś to nazwie oderwaniem od rzeczywistości,
niech tak będzie, ale nikt mi nie zarzuci, że to jest nieprawdziwe.
I mam taką nadzieję, że jeśli coś wychodzi głęboko z ciebie,
to się broni. Po prostu. Wyczujesz fałsz na scenie, wyczujesz fałsz w
dziennikarstwie. Tak to działa.
I mówią, że rock'n'roll umarł...
- Baw się ostro i pracuj ostro. Mam to przedziwne
przekonanie, że po tym, co jest tu i teraz, właściwie nie ma już nic. Nie
odczuwam zniechęcenia, zmęczenia, nie targają mną nihilistyczne stany rozpaczy,
bólu i smutku. Szkoda mi czasu, szkoda mi życia. Chcę to życie przeżyć
totalnie. Mam w sobie niewiarygodną wprost siłę do wyciskania z niego
wszystkiego.
Przyjaźnie z artystami, imprezy, Paryże i Szanghaje -
funkcjonujesz w tym wszystkim jako dziennikarka. A może wchodzisz w środowisko
z kompleksem? Aspirujesz?
- Nigdy tak o tym nie myślałam, nigdy się tak nie czułam.
Twoje początki w Trójce? Podobno trochę taki american dream.
- American dream, owszem, ale jeśli założymy, że jego bazą
była praca, praca i jeszcze raz praca.
Darmowy staż?
- To nie miało wtedy znaczenia. Nigdy nie prosiliśmy o
pieniądze. Wcale nie dlatego, że byliśmy bogaci. Wystarczyło, że to był świetny
czas dla polskiej muzyki alternatywnej. Nie tylko działała prężnie Sissy
Records, ale w ogóle niezwykle dużo się działo. Było mnóstwo pracy, potrzeba
było dodatkowych rąk. A jak się zaczęło? Dość bajkowo.
To był piątek, piękna pogoda, wrzesień, mieszkałam w
Warszawie od trzech tygodni. Poszłam na spacer z kolegą zobaczyć, gdzie jest
budynek na Myśliwieckiej, z którego nadawało radio namiętnie słuchane przeze
mnie w czasach licealnych, a nawet wcześniej. Spotkałam Pawła Kostrzewę, który akurat
wychodził głównym wejściem, bo były prace na parkingu. Powiedzieliśmy, że
słuchamy jego audycji, że chcemy być blisko muzyki, że to nas kręci. W ogóle
nie padło, że chcemy być dziennikarzami muzycznymi. Powiedział: Przyjdźcie we
wtorek. I tak jesteśmy od tamtego wtorku aż do dzisiaj - ja i mój kolega. Nie
zrozum mnie źle, ale chciałabym, żeby w tej historii nie zgubiło się coś
ważnego. To nie jest tak, że nam się po prostu udało. Ale jest coś takiego w
życiu, że raz ma się szczęście, tak po prostu. Jednak musieliśmy się w jakiś
sposób odezwać, coś musieliśmy takiego powiedzieć, że nas zaprosił do radia. I
coś musiałam udowadniać każdego dnia, że zostałam. Gadanie, że poszczęściło się
mnie, a tysiącom studentów dziennikarstwa już nie, bo mieli pecha, byłoby dla
mnie krzywdzące.
Łatwo nie było?
- Na pewno nie czułam nigdy, że testowana jest moja
wrażliwość albo odporność. Jeśli już, to pracowitość. Przez 10 lat nie byłam na
wakacjach. Przez pierwszych kilka lat nie istniały dłuższe wyjazdy na święta.
Dyspozycyjność była stuprocentowa.
Od początku pracowaliśmy pięć-sześć dni w tygodniu.
Pamiętam, że internet nie był tak powszechny, więc chodziło się do biblioteki
robić materiały. Poświęciłam tej pracy całe studenckie życie. Jednocześnie
wkręcając się w tzw. życie rockandrollowe. Tak długo działała magia rzeczy
nowych, każdego dnia działo się coś wyjątkowego. Ale tak to już jest, kiedy
jesteś jeszcze dzieciakiem, kiedy poznajesz muzyka, którego uwielbiasz, i
słuchasz jego płyty na trzy miesiące przed premierą. Później przyszedł pierwszy
backstage, pierwsze sytuacje prywatne... O, ten wokalista wie, jak mam na imię!
Pewnie, że zdarzały się sytuacje, kiedy lały mi się łzy po policzkach ze
zmęczenia, ale popłaczesz i zapieprzasz dalej. Do dzisiaj tak jest. Nie ma to
tamto, przerobiłam i kroplówki, i groźby oraz prośby ze strony lekarzy. Mój
wybór.
Dalej do Trójki przychodzą młodzi?
- Jasne, są młodzi ludzie, ale znamienne jest to, że ja i
Bartek jesteśmy w radiu do dzisiaj. To o czymś świadczy, o tym, że zostawiliśmy
na Myśliwieckiej całe nasze życie. On Trójmiasto, ja Śląsk, i razem gonimy
marzenia. Nie ma co ukrywać: Trójka jest miejscem zamkniętym dla ludzi młodych,
ponieważ bazuje na pewnej klasie, mądrości, wrażliwości, wyważeniu, to są
przymioty utożsamiane z wiekiem, doświadczeniem.
Nie wierzę, że dzisiaj nie ma podobnie zaangażowanych
młodych ludzi. Wydaje mi się, że środowisko jest dużo szczelniej zamknięte.
- Szukałam asystentów. Wiele z nich było przemiłymi, fajnymi
ludźmi, ale nikt nie miał nawet ułamka tego zaangażowania, jakie miałam ja. Nie
o to chodzi, że byli leniwi czy im się nie chciało. To nie było po prostu to.
Widzę to od razu. Jak ktoś był bardzo pracowity, to za mało się znał na muzyce,
jak ktoś się znał na muzyce, to był za mało dyspozycyjny. Brakowało w miarę
pełnego pakietu.
Ależ nie odpuszczałaś temu Mannowi z tym „Kasabian”.
- Never
complain, never explain - jak mawia pewna supermodelka. Bez komentarza.
Anna Gacek. Dziennikarka muzyczna i prezenterka Programu
Trzeciego Polskiego Radia. We wtorkowe popołudnia wspólnie z Wojciechem Mannem
przekomarza się (ku uciesze słuchaczy) w "W Tonacji Trójki". Za
mikrofonem pojawia się także w niedzielną noc, gdy między 2:00 a 6:00 zaprasza
nas do swojego muzycznego "Atelier". Kilka godzin wcześniej możemy ją
usłyszeć w "Historii pewnej płyty", kiedy wspólnie z Tomaszem Żądą
prezentuje nam od kuchni klasyczne albumy polskiej fonografii. Publikowała
m.in. w "Machinie", "Teraz Rock" i "Zwierciadle".
Od niedawna jest stałą felietonistką magazynu "LOGO". Kocha modę,
Kate Moss i wywiady, których na koncie ma setki.
Damian Piwowarczyk. Rzadziej dziennikarz, częściej
media-worker. Zaczynał w lubelskim oddziale PAP, teraz współtworzy
Kultura.gazeta.pl. Od kilku lat marzy mu się dom na Suwalszczyźnie, która jest
jedynym miejscem na ziemi, gdzie potrafi jeszcze odpocząć. Nałogowo krąży po
antykwariatach, co jest dość zgubne, bo nie umie się targować.
I KOMENTARZE, A CO!
[zważ, proszę, że nie pojawiły się odwołania do Hitlera]
code13: Nadęta jak puzon. Niestrawna jak bekon.
(…)
dave26: Pamiętam Gacek z artykułów i recenzji w Teraz Rocku, to
było jeszcze przed Trójką. Chyba nie mieli nikogo, kto znałby się i czuł nową
muzykę, więc ją wzięli. Problem w tym, że w tych tekstach było tyle egzaltacji,
jakby je pisała 15-latka, nie dało się tego czytać. Nie wiem skąd ona się wzięła i jak udało jej
się dostać do Trójki, zwłaszcza z tą wadą wymowy. Niegdyś, zdaje się, trzeba
było zdać egzamin przed komisją, która dopuszczała do pracy przed mikrofonem,
teraz jak widać wystarczy siła przebicia.
(…)
cezar85: po zdjęciach tej pani wnoszę że sama chciałby być
wypytywana ale jej talentu brakło
remul 9: Niestety nie daję rady, bo wada wymowy tej pani odbiera mi
przyjemność słuchania. Ma wiedzę, ma determinację i jest inteligentna, ale
niestety...ma wadę wymowy i w radiu tego nie mogę zaakceptować
sqlap72: Ci, którzy twierdzą, ze z niej sucz niezła, chyba się nie
mylą, chociaż mnie bardziej pasi stwierdzenie, że niezły z niej gacek.
grzegorz 9: a ja ją lubię
słuchać, jeśli te zdjęcie to ona to ok, jak to słuchacz radia wyobrażałem sobie
ją inaczej, fajna dziewczyna/kobieta , fajny głos i super wiedza o muzyce i
muzykach, no może nie zawsze moje gusta, ale pasja,zawziętość, umiłowanie do
muzyki do pozazdroszczenia, pozdrowienia dla Pani Ani
Andromeda: Nie, jednak nie... Bardzo chciałaby zebrać laury, ale na
pomnik za życia zasługują naprawdę nieliczni. Jest jeszcze bardzo dużo pracy
przed nią i nie chodzi tu bynajmniej o wykucie wszystkiego na blachę. To czego
jej brakuje, a mają to inni, znajduje się w sercu...
hilux_ie: Jako emigrant nie slucham polskiego radia wiec nie wiem
kim ta pani jest ale wywiad przeczytalem z przyjemnoscia. A jad I zolc wylewane
na nis w komentarzach utwierdzaja mnie w przekonaniu, ze bym ja na zywo polubil
I ze Polska to nie jest kraj dla mnie. Pozdrawiam kurczaca sie populacje
normalnych rodakow!
answer1: jak komentować, to tylko negatywnie, na inne szkoda czasu
i po prostu się akceptuje w milczeniu. Więc ja na przekór napiszę, że bardzo
często wracałem z pracy późno w nocy podczas jej audycji i to była zawsze moja
ulubiona część związana z pracą - powrót z głośną audycją Gacek. Jest wielu
dziennikarzy z piękną dykcją, ale co z tego. Przy dobrej treści to jest jak
zaakceptowanie pieprzyka na skórze, po prostu znak rozpoznawczy.
(…)
Pasjonatx: Ma pasję,kocha muzykę,ja lubię tę kobietę
słuchać.Dzisiaj po raz pierwszy Ją widziałem na tych zdjęciach...Ciekawą urodę
ma Pani Ania.To pierwsze zdjęcie...Urocze. Pierwsze,co rzuciło mi się w
uszy,gdy słuchałem po raz pierwszy,drugi,trzeci to wiedza i pasja,przede
wszystkim pasja,ale tę pasję może zrozumieć człowiek kochający muzykę,który
np.po 30 latach szukania pierwszego wydania płyty winylowej lub cd w końcu ją
znajdzie i trzyma roztrzęsiony w dłoniach.
Himils: Aniu, masz piękną "wadę wymowy" i Cię koam!
Nadawaj ile wlezie bardzo Cię proszę.
marek_wawrzyn: na pewno zrobiła spory postęp i słucha się jej lepiej.
Relacje z off festiwalu, o których jest tu mowa, to była straszna dziecinada,
jakieś "hahahihi" rozmowy o "esemesikach", to było
żenujące, wstyd dla stacji o renomie trójki. Ale cóż, swoje trzeba przejść.
Podobnie jak rozmówki z Mannem, ciężko się słuchało jej infantylizmów w
dyskusji z tak dowcipnym facetem. Jednak i to chyba już jakoś przemija. Na
pewno się wyrabia i jest lepiej, jakiś czas temu widziałem ją w programie
telewizyjnym i był już znaczny postęp jeśli chodzi o wiedzę, pewność siebie,
użycie argumentów. Widać, że wkłada w to dużo pracy, więc życzę powodzenia, za
5 lat może być z niej dobra dziennikarka, mam nadzieję.
PS. A tzw. wada wymowy nie
przeszkadza mi, jest ok i charakterystyczna, wada moim zdaniem jest jak ktoś
używa słów których znaczenia nie rozumie albo w ogóle ma ograniczone słownictwo
:)
wobler13: "Trójka" to silne osobowości i rzetelne
dziennikarstwo. I te cechy Pani Gacek posiada. Słucham "Trójki"od
1969 roku. To jedyne takie radio.
ww.66: Cóż, wyrosłem już z wieku w którym nie śpi się, żeby słuchać
nocą ulubionego dziennikarza, ale jeśli mam okazję słucham Atelier. Jedna z
niewielu osób wymykających z wszechobecnego plastiku.
harnas2001: sucz jest nienajgorsza,a kim jest co robi I gdzie
pracuje? czy to wazne?
(…)
Kuraikurisutofa: Nie słyszalem jej audycji wiec się nie wypowiem na
ten temat, ale sądząc po wywiadzie charakter ma fajny a urodę fantastyczną.
Piękna kobieta, niepowtarzalna.
(…)
Fredd Falk: ja kocham anię gacek.jest cudna w radiu i realu,a
kobitki jej nie lubią. nie podzielam do końca jej gustu muzycznego,wolę wojtka
mana, ale wracam do pierwszych czterech słów mojego wpisu
(…)
Monika Wa: Anka jesteś wielki i podoba mi się twoja uparta natura .
dzięki niej jesteś tam gdzie jesteś i robisz to co kochasz. Podziwiam takich
ludzi. Życzę jeszcze większych doświadczeń
Mrmarmark: dyskredytująca w RADIU, PRZED MIKROFONEM wada wymowy (a
co z kartą mikrofonową - może już nie istnieje...?) napompowane ego podbudowane
niezwykłym tupetem - nie mogę zrozumieć lansowania tej panienki w trójce i
przyklejania jej na siłę do wielu autorów, chyba jeszcze tylko kaczkowski i
niedźwiecki nie zainfekowani... odrzucam zdecydowanie i zawsze wyłączam :(
Klebecki: Idealnie trafia Pani w moj gust muzyczny, lubie sluchac
Pani audycji, ot dzis przed wyjsciem do pracy (roznica czasu i przesuniecie
weekendu) Nicka Cave'a. Dzieki Pani poznalem Bat For Lashes, dziekuje i
pozdrawiam. Prosze sie nie zmieniac!
(…)
Poly Thenpam: Kiecka a la Lady Gaga
Jolanta: Anno do logopedy marsz!
Electri: "Uwielbiam, ale czasem kwestionuję kameralny
charakter radia. " Źle !!! Powinno być: "Uwielbiam, ale czasem
kwestionuję kamełalny chałakter ładia. "
(…)
Magdalena: dzięki Niej moja 14 letnia córka od kilku lat wie co
chce robić w życiu i już ciężko na to pracuje...szkoła muzyczna, językowa,
zajęcia dziennikarskie...i logopeda....też nie ma idealnej dykcji...ale dzięki
Niej się ośmieliła
!3porte: Super babka. Na początku irytowała mnie, muzycznie nie
zawsze się zgadzam z A.G. , ale wielki szacunek za prawdziwe zaangażownie,
emocje, wywiady. A taka głos i wymowa ( takie a nie inne ) - dodają jej uroku !
lo.lo: to jest jakaś dziwna osoba :) polecam jej inny wywiad :
www.malemen.pl/anna-gacek-jasna-strona,s-1,a-3,g-1.html
Jeździ po świecie za swoje
pieniądze i oddaje swe ciało muzykom, których muzyka jej się podoba. Ciekawe,że
takie osoby muszą pracować akurat w publicznym polskim radiu. Wiedza, serce -
TAK ale nie przed mikrofonem. Wadliwa budowa aparatu mowy powinna ELIMINOWAĆ
takie osoby sprzed mikrofonu. Jest inaczej. Coś takiego jak dawna Karta
Mikrofonowa to przeżytek? Dziewczyna może się realizować na setki sposobów .
Wybrała akurat najgorszy z możliwych. Układy, układy.........
(…)
zalobanarodowa: wszystko ładnie pięknie ale wrażenie jest
nieodparcie odpychające
Leo: REWELACJA ! Doskonale audycje, dobra muzyka, choć nie zawsze
muzyka A.G. mi sie podoba, ale sie przekonuje ... Glos i 'wada' wymowy - to
tylko atuty. Prawdziwa radiowa osobowość ! Powodzenia, wierzę w Ciebie. Lubie
ludzi, którzy sa pewni siebie i realizują swoje marzenia za wszelką cenę !
(…)
w.s3: Słucham Trójki ponad 40 lat. Miała swoje wzloty i upadki ale
zawsze trzymała pion i poziom. Czytam komentarze i zastanawiam się skąd w tych
młodych ludziach tyle złości. Czy przemawia przez nich nasza narodowa cecha -
zawiść. Jeżeli to zdjęcie Ani to trzeba przyznać, że "Gacek" to udany
egzemplarz. Zawistnikami nie ma co się przejmować, Życzę żeby praca sprawiała
Ci satysfakcję i przyjemność.
szczur 10: Ale nadęta, o Jezu. Czy jej ulubionym zespolem nadal
jest Kings of Leon? LOL. Zgiń przepadnij, najlepiej razem z całą Trójką.
Antykom orek: Żydowska prymitywna baba z przerostem ego i dobrym
umocowaniem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz