wtorek, 18 listopada 2014

18.11.2014 (prokrastynacja)

To, że kocham anegdoty na pewno wiesz. Pewnie nawet wiesz to dość dotkliwie. Ostatnio się bardziej pilnuje, żeby nie zagadać świata na śmierć. A przynajmniej próbuję je troszkę bardziej różnicować tematycznie. Czasem nawet wychodzi. Czasem. Tymczasem... tutaj jestem u siebie i mi wolno! ha! Wśród anegdot muzycznych, muszę przyznać, uwielbiam te, które w jakiś sposób wiążą muzyków z Polską. Jasne, że rozpiera mnie duma! Ale też czasem mam też egoistyczną nadzieję, że muzycy polskiego pochodzenia mają w sobie ten słowiański sznyt i że to przesądziło (choć troszeczkę!) o ich sukcesie. Z resztą... w pewnym momencie, kiedy okazało się, że Roland Topor (niezmiennie polecam!) jest żydem polskiego pochodzenia, to zaczęłam wierzyć w to, że wszyscy jesteśmy żydami polskiego pochodzenia.

Niestety nie jestem w stanie powiązać z Polską wszystkich zespołów, które bym chciała... np. mam duży problem z Queen. Ale już na przykład z The Beatles się coś znajdzie. Albo The Rolling Stones :- ) Tak z grubej rury.

The Beatles:
 
Beatlesi nie odwiedzili nigdy Polski jako kwartet... ale tylko dlatego, że nie zmieściła się w już ich grafiku. W czasach świetności Pagartu młody dziennikarz Andrzej Olechowski z młodym dziennikarzem Wojciechem Mannem zostali poproszeni o wytypowanie zespołów, które powinny zagrać w Polsce. The Beatles był jedynym z listy, który do Polski nie dotarł. 

W historii The Beatles pojawia się natomiast mój ulubiony wątek żydów polskiego pochodzenia. Mówi się, że takie korzenie miał najsłynniejszy manager na świecie: Brian Epstein. Chociaż Wikipedia nie potwierdza, to jednak w tym przypadku egocentrycznie-patriotycznie uwierzę Hunterowi Davisowi (co by nie było, autorowi jedynej autoryzowanej biografii zespołu).

The Rolling Stones:

Stonesi znaleźli się także na magicznej liście Manna i Olechowskiego. I tak się zdarzyło, że niewpuszczeni do Moskwy, załatali dziurę w swoim grafiku podwójnym koncertem w Sali Kongresowej. Podobno Jagger (absolwent London School of Economics) dowiedziawszy się ile w Polsce kosztuje płyta winylowa i co innego można za tę kwotę kupić, zupełnie serio polecał nam inwestowanie w przemysł muzyczny. Złośliwi twierdzą, że do tej pory kamieniarze myślą, że byli w Moskwie, Warszawskie elity za to nie miały wątpliwości, co do tego, że koncert się odbył, jeszcze długo popijając legendarną "stones'ówkę".

Zwykle obcokrajowcy są fanami albo wódki albo Polek. Głównie Polek. Perkusista Stones'ów upodobał sobie w Polsce konie z Janowa Podlaskiego. No cóż..., Charlie zawsze był trochę dziwny.

The Doors:

Tutaj już bez żadnych dygresji pączkujących: Raymond Manczarek dopiero z okazji wydania kolejnej z kolei płyty The Doors stał się Ray'em Manzarkiem.

The Scorpions:

Paweł Mąciwoda, papież i Wałęsa. Paweł - niedoceniana duma Wieliczki. Teraz jeszcze bardziej w cieniu Artura Szpilki. A papież i Wałęsa? Właściwie: THE papież i Wałęsa? Obaj pojawiają się w teledysku "Wind of change".

No i jeszcze Inwazja Mocy (Pobiednik, 2000). W opowieściach Scorpionsów liczba fanów, którzy uczestniczyli w tym koncercie z roku na rok wzrasta. Ja zatrzymałam się na milionie.

Iron Maiden:

1984 rok + alkohol na kartki +  zespół chcący rozerwać się po koncercie. Właściwie to nie ma się co rozpisywać, jak to się skończyło. To trzeba zobaczyć:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz