Gazeta Wyborcza ogłasza tragedię: płyta Comy za 8,99 zł ... nie schodzi! Złośliwi powiedzą, że znają przyczynę: toż to przecież płyta C-o-m-y. Ale w sumie... abstrahując od sympatii i antypatii do łódzkiej grupy rockowej i jej lidera w corcsach i z wONsem... to temat, dyskusji jest bardzo ciekawy. I znowu: gdyby ten artykuł ukazał się wcześniej, na pewno znalazłby się w mojej pracy magisterskiej.
Mam wrażenie, że Rogucki nie zrozumiał różnicy między albumem i albumem (albo między płytą i płytą - jak kto woli). Wydaje mi się, że cała frustracja i rozżalenie wynikają z tego, że ktoś nie zauważył różnicy między albumem-skończonym-zarejestrowanym materiałem a albumem-fizycznym nośnikiem. Przemycam tu sporo swojej ideologii, ale wydaje mi się, że akurat w tym przypadku, jest to jakieś spostrzeżenie co najmniej intersubiektywne (tak: mam nadzieję, że jeszcze chociaż jedna osoba myśli podobnie). Bo ja myślę, że ludzie po prostu nie chcą iTunesów. W dupie to mają. Jak mają kupić płytę, to chcą płytę. Chcą otworzyć opakowanie, zobaczyć wyjebany nadruk na krążku, otworzyć książeczkę, zobaczyć, co w niej jest napisane, powąchać (też!). I za to chcą zapłacić. I uważają, że to właśnie - cały ten produkt z całym dobrem inwentarza - z książeczką, krążkiem, wagą, krawędziami opakowania, fakturą okładki... że to jest za drogie. Nikt nie mówi: iTunes są za drogie, bo po prostu, najzwyczajniej w świecie ma je gdzieś. Te wszystkie elementy sprawiają,że... odrywają płytę od kategorii experience good i sprawiają, że staje się rzeczywista. Ułatwiają decyzję zakupu. Bo tak naprawdę kupowanie iTunes wydaje się całkiem nieracjonalne. Kupić megabajty (zera i jedynki) i fale w powietrzu? Spróbuj wyjaśnić Franiowi, że ciocia płaci za fale w powietrzu i za zera i jedynki na komputerze! Oczywiście, trochę się zgrywam. Ale próbuję wyjaśnić (tobie, ale też sobie) i poukładać w głowie powody, dla których tak się sprawy z muzyką mają. Niestety, jeśli nawet mój wywód był wystarczająco przekonujący, to mam złą wiadomość... to tylko jedna strona problemu. I to dosłownie. Bo jeśli Coma wpadnie na pomysł, żeby album w formie sidika sprzedawać za 8,99 zł, to na pewno wzbudzi spore podejrzenia, co do jakości wydawnictwa. ha! No i jak to wszystko można podsumować? Chyba tylko, że... no cóż... w niektórych sytuacjach, jak się nie obrócisz, dupa z tyłu.
Cały artykuł: Rogucki Piotr, 2014.11.26, Płyta Comy za 8,99 zł i nie schodzi, rozm. przepr. Wiatrak Mariusz, w: kultura.gazeta.pl
Mam wrażenie, że Rogucki nie zrozumiał różnicy między albumem i albumem (albo między płytą i płytą - jak kto woli). Wydaje mi się, że cała frustracja i rozżalenie wynikają z tego, że ktoś nie zauważył różnicy między albumem-skończonym-zarejestrowanym materiałem a albumem-fizycznym nośnikiem. Przemycam tu sporo swojej ideologii, ale wydaje mi się, że akurat w tym przypadku, jest to jakieś spostrzeżenie co najmniej intersubiektywne (tak: mam nadzieję, że jeszcze chociaż jedna osoba myśli podobnie). Bo ja myślę, że ludzie po prostu nie chcą iTunesów. W dupie to mają. Jak mają kupić płytę, to chcą płytę. Chcą otworzyć opakowanie, zobaczyć wyjebany nadruk na krążku, otworzyć książeczkę, zobaczyć, co w niej jest napisane, powąchać (też!). I za to chcą zapłacić. I uważają, że to właśnie - cały ten produkt z całym dobrem inwentarza - z książeczką, krążkiem, wagą, krawędziami opakowania, fakturą okładki... że to jest za drogie. Nikt nie mówi: iTunes są za drogie, bo po prostu, najzwyczajniej w świecie ma je gdzieś. Te wszystkie elementy sprawiają,że... odrywają płytę od kategorii experience good i sprawiają, że staje się rzeczywista. Ułatwiają decyzję zakupu. Bo tak naprawdę kupowanie iTunes wydaje się całkiem nieracjonalne. Kupić megabajty (zera i jedynki) i fale w powietrzu? Spróbuj wyjaśnić Franiowi, że ciocia płaci za fale w powietrzu i za zera i jedynki na komputerze! Oczywiście, trochę się zgrywam. Ale próbuję wyjaśnić (tobie, ale też sobie) i poukładać w głowie powody, dla których tak się sprawy z muzyką mają. Niestety, jeśli nawet mój wywód był wystarczająco przekonujący, to mam złą wiadomość... to tylko jedna strona problemu. I to dosłownie. Bo jeśli Coma wpadnie na pomysł, żeby album w formie sidika sprzedawać za 8,99 zł, to na pewno wzbudzi spore podejrzenia, co do jakości wydawnictwa. ha! No i jak to wszystko można podsumować? Chyba tylko, że... no cóż... w niektórych sytuacjach, jak się nie obrócisz, dupa z tyłu.
Cały artykuł: Rogucki Piotr, 2014.11.26, Płyta Comy za 8,99 zł i nie schodzi, rozm. przepr. Wiatrak Mariusz, w: kultura.gazeta.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz