niedziela, 30 listopada 2014

30.11.2014

Witaj w moim świecie! Chociaż, technicznie, to tak naprawdę zrobiłam sobie raczej wycieczkę do Twojego świata. To znaczy na targi Co Jest Grane. Wzięłam nawet jeńców, ale koniec końców im też się spodobało (uff!), więc mam mniejsze wyrzuty sumienia. Cudnie spędzić dwa dni w centrum muzycznego wszechświata. Nawet jeśli polski muzyczny wszechświat od jakiegoś czasu kończy się i zaczyna na Kayax-ie (napisałam, słuchając Skubasa). 

Właściwie to plan był prosty: obłowić się w książki. W praktyce, okazał się jednak dość trudny do wykonania. Niestety, interesujący mnie asortyment InRocka się wyczerpał. A właśnie z ich stoiskiem wiązałam największe nadzieje (wiesz, "Antologia tekstów The Doors" - 10 zł, "Nikt nie wyjdzie stąd żywy" - 20 zł). Może przyjedzie taki czas, kiedy zainteresują mnie Zeppelini i Metallica. Wtedy będzie łatwiej. I dalej nie było lepiej... autobiografia Claptona okazała się chyba jedyną nieprzecenioną książką na całych targach... Na szczęście od kilku dni chodziło mi po głowie, żeby poczytać coś na temat Stones'ów (coś, co nie dotyczy ich relacji z beatlesami, ani ich koncertu w kongresowej w 1967 roku). No i w ten sposób siedzimy sobie tu teraz razem z Mick'iem (ostatnia sztuka - 15 zł). No dobrze, siedzimy sobie tu teraz z Mick'iem i ze Skubasem. 


Była też i druga część planu: spotkanie z Wojciechem Mannem. Dla mnie nieco krępujące. Wiesz... prowadziła je Anna Gacek... No i nieswojo czułam się z myślą, że naprzeciwko mnie siedzi ta dziewczyna, biedna, zupełnie nieświadoma, że w tej samej sali przebywa młodsza, lepsza, piękniejsza, zdolniejsza, jeszcze bardziej rerająca wersja jej samej. Przyznasz... krępujące... :- ) Ale ale... jak wiesz, nie jestem z tych, którzy bezwzględnie nie akceptują istnienia Anny Gacek w polskiej radio-sferze. Ja akceptuję jej istnienie... warunkowo. Muszę jednak przyznać, że w słuchaniu jej rozmowy w Wojciechem Mannem było coś perwersyjnie przyjemnego. Sposób prowadzenia tej narracji, wejście w nieco odmienne role, nie negując przy tym faktu, że oboje wspólnie prowadzą Tonację Trójki. Widać w tej rozpowie było pewną zażyłość i intymność, umiejętność wyczucia siebie nawzajem... które raz po raz przerywał zgrzyt w postaci apostrofy "Panie Wojtku". No bo, do diaska!, jak można z kimś być tak blisko i mówić do niego per "Panie Wojtku"? A z drugiej strony... czy można inaczej zwrócić się do Wojciecha Manna? Pominę tutaj moją refleksję o wchodzeniu w intymne zakamary (w sumie jest ona dość oczywista... natomiast nie uważam, żeby język pisany był odpowiedni, dla jej wyrażenia). Mimo jednak, istnienia tego wątku, to muszę (i chcę!) po raz kolejny podkreślić jaką przyjemnością było słuchanie tej rozmowy, w której może nawet niewiele było treści czysto muzycznych, ale mnóstwo kunsztu radiowego i magii, dzięki której z coraz większą przyjemnością zaczynam ostatnio prawie każdy weekend od "Markomanii", a każdy leniwy weekend spędzam również z "Listą Osobistą" i "Piosenkami bez granic". 



Obecność na drugim dniu targów wyjątkowo nie była moją inicjatywą. Okazało się, że mamy do wykonania pewną misję specjalną, której efekty widać na zdjęciach. 



Przy okazji trafiłyśmy na panel dotyczący autobiografii. Jeśli oglądasz czasem Kubę Wojewódzkiego, to wiesz, że w Polsce teraz każdy wydaje (auto)biografię. Jeśli nie, to właśnie weszłaś w posiadanie takiej wiedzy. Najbardziej zainteresowana byłam (oczywiście?) opowieścią Tymona Tymańskiego. Przynajmniej wchodząc na salę. Bo obok niego siedział jeszcze Jacek Cygan i Marek Dyjak i Leszek Gnoiński i - znani mi znacznie mniej - Witold Górka i Jarek Szubrycht. I z całego panelu zostały mi w głowie dwa stwierdzenia: 

Jacek Cygan opowiadając o tym, czy nie jest pokrzywdzony, występując w jednej określonej roli, jako wieczny mistrz drugiego planu, zaprzeczył mówiąc coś, co dla mnie brzmi przecudownie uroczo i magicznie: "nie, bo ta piosenka to jest taka prawda, która jest tylko między nami [nim i wokalistą]".

... a jeśli byś chciała wiedzieć jak się zmierzyć w biografii z mitem, który często otacza jej bohatera, to odsyłam do Jarka Szubrychta: "Ja myślę o tym, żeby tego mitu nie de-konstruować. To nie jest Zola. Tu nie jest potrzebny naturalizm".


Ps. Byłam też w sobotę w POLINie. Ale to inna historia na innego bloga... który, no cóż, chyba jeszcze nie istnieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz