Chciałam jakoś ładnie nawiązać do naszej wczorajszej rozmowy... i tylko nie mogłam się zdecydować czy raczej happysad czy raczej Banach solo. I jeszcze, do tego wszystkiego, dziś premiera "Lazaretto" Jack'a White'a.
Ale powiedzmy, że metodą "losowania bez losowania" będzie happysad. Bo o happysadzie jeszcze tu nie było [to jest ten moment, kiedy sama się dziwię]. Pomijając Scorpionsów, to dość późno uwiodła mnie muzyka gitarowa, a razem z nią urok spędzania czasu na koncertach. Więc kiedy już happysad wydał drugą płytę i wszyscy dookoła kochali się w większym lub mniejszym stopniu w Kubie Kawalcu (pomijając tru-metali, którzy wtedy Kubą z zasady gardzili... a dziś już obcięli swoje długie włosy i gardzą mniej) ... więc wtedy, w gimnazjum, jeszcze kompletnie nie miałam pojęcia, co to jest i czym to się je. Dzisiaj wydaje mi się, że poznałam happysad bardziej jako support Pidżamy Porno, odgrzebując gdzieś w odmętach internetów, popełniony na łamach Lampy przez Pawła Dunina-Wąsowicza, "Traktat o kserobojach". Trzeba powiedzieć, że w tamtym czasie czytanie Lampy było bardzo zalecane. Szczególnie przez znajomych z najstarszego krakowskiego liceum.
No, ale happysad. tak się złożyło, że wśród moich znajomych komuś happysad przywiózł... tata z Irlandii. Ktoś tam nawet zaszalał i nabył drogą kupna płytę o-r-y-g-i-n-a-l-n-ą. Ktoś tam, wtedy (w pierwszej klasie liceum) usłyszał, że będzie koncert w mi(s)tycznym Klubie Studio. Klubie Studenckim. No więc dwunastego marca 2007 roku, mając lat niecałe siedemnaście, pierwszy raz poszłam na koncert klubowy. Do tej pory mam plakat z tego koncertu. Tylko nie ma mu gdzie wisieć. Ale wcześniej wsiał długo. Z samego koncertu pamiętam kilka rzeczy. Że przed pierwszą piosenką stałam w połowie Studia, a po pierwszej piosence pod drzwiami Studia. Że było cholernie gorąco. Że zespół powiedział, że to najlepszy koncert jaki w życiu zagrali (i do dziś jestem przekonana, że wtedy - w 2007 roku - to nie była kokieteria). Że zespół, mając na koncie wówczas dwie płyty, przyznał przy kolejnym bisie... że już nie ma czego zagrać. I, że było super. Było bardziej rockowo niż na płytach. Momentami nawet punkowo (zaryzykuję). I do tej pory, kiedy myślę o tym koncercie, to uważam go za jeden z najlepszych koncertów w moim życiu.
No, ale happysad. tak się złożyło, że wśród moich znajomych komuś happysad przywiózł... tata z Irlandii. Ktoś tam nawet zaszalał i nabył drogą kupna płytę o-r-y-g-i-n-a-l-n-ą. Ktoś tam, wtedy (w pierwszej klasie liceum) usłyszał, że będzie koncert w mi(s)tycznym Klubie Studio. Klubie Studenckim. No więc dwunastego marca 2007 roku, mając lat niecałe siedemnaście, pierwszy raz poszłam na koncert klubowy. Do tej pory mam plakat z tego koncertu. Tylko nie ma mu gdzie wisieć. Ale wcześniej wsiał długo. Z samego koncertu pamiętam kilka rzeczy. Że przed pierwszą piosenką stałam w połowie Studia, a po pierwszej piosence pod drzwiami Studia. Że było cholernie gorąco. Że zespół powiedział, że to najlepszy koncert jaki w życiu zagrali (i do dziś jestem przekonana, że wtedy - w 2007 roku - to nie była kokieteria). Że zespół, mając na koncie wówczas dwie płyty, przyznał przy kolejnym bisie... że już nie ma czego zagrać. I, że było super. Było bardziej rockowo niż na płytach. Momentami nawet punkowo (zaryzykuję). I do tej pory, kiedy myślę o tym koncercie, to uważam go za jeden z najlepszych koncertów w moim życiu.
I później, przez ten czas liceum, wręcz zarzynałam "Wszystko jedno" i "Podróże z i pod prąd". Najczęściej w busach, autobusach, pociągach. Do tej pory, kiedy myślę o tych płytach, to widzę w głowie przesuwający się krajobraz i słońce grzejące twarz przez szybę. Kliche? Może. Walić to.
Potem wyszła "Nieprzygoda". Pamiętam, że już jakiś czas później, na pierwszym roku studiów siedziałam na Gołębiej 3 i próbowałam bardzo bardzo usilnie przekonać mojego kolegę, żeby pojechał ze mną na koncert do Łodzi. I wtedy rozmawialiśmy właśnie o "Nieprzygodzie". Że jest inna niż tamte, że dojrzała, że poważna (zbyt?), ale że produkcyjnie majstersztykowa. I w tej Łodzi właśnie poznałam... producenta tej płyty. Tylko o tym, że jest producentem dowiedziałam się dużo później, a o tym, że wyprodukował akurat "Nieprzygodę" to już w ogóle całkiem niedawno. No cóż... gdybym wiedziała wcześniej... przynajmniej bym pogratulowała.
Na następny koncert happysad poszłam na studiach. I szczerze... nie pamiętam z tego koncertu nic, poza tym, że czułam się najstarsza na świecie. Tak naprawdę nie wiem, co tam się stało. Może trafiłyśmy w kocioł szesnastolatków, którym muzyka nie przeszkadzała w zabawie? Chyba tak. Do dziś myślę o tym, jako o sporym rozczarowaniu.
A potem były Konfrontacje Rockowe i Woodstock i Woodstock i jesienna trasa w Kwadracie i Juwenalia Śląskie. I chociaż teraz trafiam na ich koncerty może trochę bardziej z przypadku, to kurcze... za każdym razem jestem pod coraz większym wrażeniem. Może tylko "W piwnicy u dziadka" nie bardzo jestem w stanie znieść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz