niedziela, 15 czerwca 2014

15.06.2014

Jestem nudziarą. It's official! To znaczy... jestem beznadziejnie monotematyczna.

Najczęstszym komentarzem, który pada na temat Jacka White'a z moich ust jest "thank god for Jack White". A teraz wyobraź sobie: nagranie Tonight Evening Show Starring Jimmi Falon, minuta i czternaście sekund, i co mówi Falon? thank god for Jack White! Powinnam teraz napisać do niego i powiedzieć, że ja to wiedziałam wcześniej, ale nie będę małostkowa. Co mi tam. 

"Lazaretto" to 100% Jack'a White'a. A nawet - w pewnym sensie -  200%. I to dwieście procent to chyba dla mnie już za dużo. Ale po kolei. Mówię, że to 200% Jack'a, bo materiał na tej płycie jest efektem odnalezienia przez White'a swoich tekstów, napisanych przez niego kiedy miał 19 lat (i - tak się składa - 19 lat temu). Podobno modne jest teraz aby pokolenie Y pisało do siebie listy, które otworzą za 10 lat. To taka wersja pro tego pomysłu. I to nazywam 200% Jack'a White'a. O tym, że cenię amerykański folk wiesz. White z tego folku czerpie pełnymi garściami. Ja przyjmuję go w ograniczonych ilościach. I w "Lazaretto" jest go dla mnie minimalnie za dużo. Nie na tyle, żebym nie była tą płytą zachwycona. Na tyle, żebym nie była nią zachwycona tak jak dwa lata temu "Blunderbuss'em". 


Zupełnie innym aspektem płyty jest... sama płyta. A konkretnie: jej albolutnie-alsolutnie niesamowite wydanie na longplay'u. Jeśli do tej pory czarna płyta była tylko czarną płytą (no dobra: AŻ)... która ewentualnie mogła być biała (jak przypadku Lao Che) lub różowa (sprawka Madonny), to "Lazaretto" została ochrzczona mianem Ultra LP. I, szczerze mówiąc, nawet ciężko zapamiętać wszystko to, co dzieje się na tej płycie: wydana została na 180-gramowym winylu (zwanym wdzięcznie "virgin" i w praktyce wykorzystywanym głównie do audiofilskich produkcji), dwie piosenki są ukryte na... wewnętrznych papierowych etykietach, a każda z ukrytych piosenek powinna być odtwarzana z inną prędkością (45 i 78 obrotów na minutę), czyli w konsekwencji - razem z główną ścieżką (33 obroty na minutę) to jedyna płyta na świecie, która odtwarzana jest w trzech prędkościach, strona A odtwarzana jest od środka do zewnątrz (inside out), pierwsza piosenka na stronie B posiada podwójne intro: w zależności od tego gdzie upuści się igłę intro będzie akustyczne, albo elektryczne... po czym obie ścieżki zbiegną się w jedną piosenkę, na stronie A znajduje się ręcznie wykonany... a raczej wyryty hologram, który jest widoczny jedynie kiedy płyta jest odtwarzana, dźwięk na płycie nie jest w żaden sposób skompresowana ...a gdyby to było zbyt skomplikowane to w internetach można znaleźć 10-minutowy film instruktażowy. I odpowiedź na pytanie "być czy mieć" przestaje być już taka oczywista.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz