Porównywanie ze sobą dwóch książek, tylko dlatego, że były to ostatnie książki jakie ostatnio przeczytałam jest absolutnie bez sensu. Nie znaczy to, że czasem nie mam ochoty na robienie rzeczy sensu pozbawionych. Więc mam przed sobą "RockManna" i "The Beatles. Jedyną autoryzowaną biografię". Razem z nimi kupiłam też "Lolitę", ale może już nie będę ciągnęła tego komparatystycznego absurdu w nieskończoność.
Wydaje mi się, że czytanie "RockManna" zajęło mi krócej, niż podjęcie decyzji o jego kupnie. Na pewno ma on jednak przewagę nad książką, której nie kupiłam - czyli "Obywatelem i Małgorzatą". Przypuszczam,że obie książki mają podobny ink index (proporcję zapełnienia stron tuszem) oraz, że jego wartość jest raczej... oszczędna. Również cena jest podobna (zaczynam snuć teorię, że nie wypada wydać książki za mniej niż 39,99). Więc gdzie ta przewaga? Ano... "Obywatel..." został wydany na papierze toaletowym. Za to "RockMann" nie dość, że na papierze kredowym, to jeszcze z kolorkowym akcentem i to akcentem nie byle jakim bo oczojebnym-flamastrowym-różowym.
Wydaje mi się, że czytanie "RockManna" zajęło mi krócej, niż podjęcie decyzji o jego kupnie. Na pewno ma on jednak przewagę nad książką, której nie kupiłam - czyli "Obywatelem i Małgorzatą". Przypuszczam,że obie książki mają podobny ink index (proporcję zapełnienia stron tuszem) oraz, że jego wartość jest raczej... oszczędna. Również cena jest podobna (zaczynam snuć teorię, że nie wypada wydać książki za mniej niż 39,99). Więc gdzie ta przewaga? Ano... "Obywatel..." został wydany na papierze toaletowym. Za to "RockMann" nie dość, że na papierze kredowym, to jeszcze z kolorkowym akcentem i to akcentem nie byle jakim bo oczojebnym-flamastrowym-różowym.
Właściwie "RockMann" wpisuje się w moją kolejną teorię spiskową, a mianowicie taką, że każda książka, która zahacza o czasy PRL-u i to najlepiej PRL-u w odmianie głębokiej, jest wydawnictwem sentymentalnym. Sama też jestem niezaprzeczalnie uwiedziona tym specyficznym urokiem. Choć o sentymencie ciężko mówić, bo urodziłam się w III RP. Może na sprawie zaważyła skwapliwość urzędników państwowych, którzy jeszcze w pierwszej połowie 1990 roku postanowili wykorzystać wszystkie zalegające druki, sygnowane nazwą starego systemu, więc i na moim akcie urodzenia widnieje w nagłówku wielka "Rzeczpospolita Ludowa". Może to wszystko przez to. Tak czy inaczej, mam wrażenie, że każda książka, w której pojawią się magiczne nazwy takie jak Spidola czy Stilion c-60 będzie obarczona tym "sentymentalnym sukcesem". I - niestety - każda będzie podobna. I w każdej pojawi się nowy bohater pretendujący do udziału w słynnej prywatce z udziałem The Animals (tfu, Animalsów) u Marii Szabłowskiej. I nie chcę powiedzieć, że "RockMann" jest zły. Chcę powiedzieć, że gdybym wcześniej nie przeczytała "Ludzkiego Gadania..." to pewnie podobałby mi się bardziej. A gdybym dziś przeczytała "Przed państwem Krzysztof Materna" to pewnie podobałoby mi się jeszcze mniej. A może nie?
Czytanie Huntera Davisa poszło nieco oporniej. I z racji objętości. I z racji tematu. Bo wiedziałam, że "bitelsi", że John, że Paul, że George, że Ringo. Wiedziałam, że Liverpool. A nawet kojarzyłam niektóre ich żony (oczywiście było ich więcej niż cztery... i swoją drogą, skoro niedawno powstała książka o żonach astronautów z Huston, to może - idąc za ciosem - należałoby napisać całą sagę żon popkultury). Ale cała reszta tej historii okazała się trochę bardziej zawiła. Specyfika tej książki polega na tym, że została wydana w 1968 roku - kiedy jeszcze zespół istniał. Zaskoczyło mnie, że cała opowieść zaczyna się gdzieś w pierwszych dekadach XX wieku. Davis konsekwentnie opisuje historie rodzin Beatles'ów właściwych i wszystkich osób, które - każdą z osobna - nazywa się "Piątym Beatles'em". I czego nie wiedziałam, wśród tych "Piątych Beatles'ów" są przynajmniej dwaj, którzy faktycznie Beatles'ami przez jakiś czas byli. Momentami miałam tylko wrażenie, że ta książka to taka krypto-laurka dla Paula. Wiem, wiem - musi być równowaga w przyrodzie... a w ekosystemie Beatles'ów polega ona własnie na tym, że jedni krytyjują Paula, drudzy Johna, a paradoksalnie zyskuje na tym Ringo (i może George, choć pewnie on akurat miałby to w dupie). Ja, osobiście, nieśmiało, zasugerowałabym jednak, żeby tę książkę nazwać nie biografią, ale raczej autoryzowaną historią The Beatles. Bo dzisiaj mam takie poczucie, że wiem skąd Beatles'i są. Tylko, cholera, dalej nie wiem kim są.
Czytanie Huntera Davisa poszło nieco oporniej. I z racji objętości. I z racji tematu. Bo wiedziałam, że "bitelsi", że John, że Paul, że George, że Ringo. Wiedziałam, że Liverpool. A nawet kojarzyłam niektóre ich żony (oczywiście było ich więcej niż cztery... i swoją drogą, skoro niedawno powstała książka o żonach astronautów z Huston, to może - idąc za ciosem - należałoby napisać całą sagę żon popkultury). Ale cała reszta tej historii okazała się trochę bardziej zawiła. Specyfika tej książki polega na tym, że została wydana w 1968 roku - kiedy jeszcze zespół istniał. Zaskoczyło mnie, że cała opowieść zaczyna się gdzieś w pierwszych dekadach XX wieku. Davis konsekwentnie opisuje historie rodzin Beatles'ów właściwych i wszystkich osób, które - każdą z osobna - nazywa się "Piątym Beatles'em". I czego nie wiedziałam, wśród tych "Piątych Beatles'ów" są przynajmniej dwaj, którzy faktycznie Beatles'ami przez jakiś czas byli. Momentami miałam tylko wrażenie, że ta książka to taka krypto-laurka dla Paula. Wiem, wiem - musi być równowaga w przyrodzie... a w ekosystemie Beatles'ów polega ona własnie na tym, że jedni krytyjują Paula, drudzy Johna, a paradoksalnie zyskuje na tym Ringo (i może George, choć pewnie on akurat miałby to w dupie). Ja, osobiście, nieśmiało, zasugerowałabym jednak, żeby tę książkę nazwać nie biografią, ale raczej autoryzowaną historią The Beatles. Bo dzisiaj mam takie poczucie, że wiem skąd Beatles'i są. Tylko, cholera, dalej nie wiem kim są.

" Bo dzisiaj mam takie poczucie, że wiem skąd Beatles'i są. Tylko, cholera, dalej nie wiem kim są" - piękna puenta!
OdpowiedzUsuńg.
PS " oczojebnym-flamastrowym-różowym" oraz "ink index" - podbiły moje serce. a o lolicie z chęcią bym przeczytała ;)