Pamiętasz, kiedy pisałam o muzycznych ekshumacjach? Bardzo podoba mi się to określenie. Prawdopodobnie komuś je ukradłam. A może nie tyle podoba mi się (bo w gruncie rzeczy jest bardzo smutne), co idealnie oddaje istotę pewnej grupy zjawisk... hmm... około-muzyczno-turpistycznych. Od kiedy Queen występuje z Adamem Lambertem (a nawet od czasów kiedy Queen występował z Paulem Rogersem), a Freddie Mercury... wyświetlany jest jako hologram [sic!] w musicalu "We Will Rock You" Brian May przestał wspominać o tym, że zespół bez Freddiego nie ma racji bytu [widać... "od kiedy ropą goją się rany..."]. Tupac wydał ("wydał") więcej albumów po śmierci niż za życia (oczywiście z premierowym materiałem), a potem jeszcze wypowiedział ("wypowiedział") w czasie festiwalu Coachella kilka słów więcej, niż za życia. Niedawno ukazał się - także premierowy - materiał Michela Jacksona, a już niedługo będziemy mieli okazję posłuchać nową - premierową, no ba! - płytę Amy Winehouse.
W tę refleksję idealnie wpisuje się przytaczany przeze mnie wczoraj wywiad z Kazikiem (tym razem nie w kontekście anegdoty socjologicznej, ale starzenia się z godnością) oraz dzisiejsza informacja o planowanej na przyszły rok jubileuszowej (50 lat na scenie) trasie Scorpions.
I co prawda, w przeciwieństwie do niektórych muzyków, Scorpionsów nie trzeba jeszcze wprowadzać na scenę, szprycować sterydami (lub mniej legalnymi środkami), żeby utrzymali się na niej o własnych siłach, czekać na nich na backstage'u z przygotowanymi maskami tlenowymi... I przecież to zespół mojego dzieciństwa i mojej młodości... I prawdopodobnie będę jedną z pierwszych osób, która kupi bilet na koncert w promieniu 300 kilometrów od Krakowa.
A jednak tak naprawdę chciałabym zobaczyć nie "po prostu Scorpionsów", ale "the Scorpions" w całej okazałości: w świetniej kondycji, z niesamowitą energią, tworzących dalej muzykę, dzięki której zapisali się w historii i wyznających rock'n'roll. Nie pięciu gości, którym nie opłaca się zejść ze sceny, chociaż prawdopodobnie nigdy nie będą w stanie wydać pieniędzy, które na niej zarobili i nie pięciu gości, którzy nie zeszli ze sceny, mimo, że zapowiadają ten moment co kilka lat, wspierając przy tym sprzedaż płyt i biletów na każdą kolejną z kolei pożegnalną trasę.
PS. Oprawę graficzną wpisu zapewnia nieoceniona firma Lindner. Firma, co by nie mówić, z widokiem na przyszłość. Choć muszę przyznać, że wygrała tylko o włos z popularną, choć rzadko "cytowaną" w polskich mediach karykaturą papieża w formalinie.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz