sobota, 23 sierpnia 2014

23.08.2014

Nie jestem specjalnie przesądna... nie wierzę w wielkie zrządzenia losu i tym podobne. Może z karmą jesteśmy jeszcze w najlepszych relacjach, o tyle, że wydaje mi się, że złe rzeczy nie wracają do nas wcale, ale - jeszcze gorzej - po prostu w nas zostają. Wierzę też, że czasem dobre rzeczy się dzieją, ot tak. I tak: zamiast Scorpionsów "po prostu", za trzy tygodnie w Bochni [!] wystąpi Uli Jon Roth. Uli. Pan ze zdjęcia. Jedyny mężczyzna, poza moim tatą, któremu wolno mieć wąsy. Nie powiem wcale, że Scorpions skończyli się na Kill'em All. Ale muszę powiedzieć, że Roth stanowi jeden z najciekawszych pierwiastów tego zespołu. A płyty nagrane z jego udziałem są absolutnie godne polecenia. To, wspomniane już przeze mnie, cztery albumy (studyjne), z czasów kiedy Scorpions parali się psychodelą. Zanim jeszcze podbili świat (włącznie z Australią). Moim zdaniem naprawdę warto posłuchać. Bo poza myśleniem, że ktoś się skończył na Kill'em All można wpaść w analogiczną pułapkę i żyć w przekonaniu, że ktoś rozkręcił swoją karierę po tym jak na przełomie dekad "przespacerował się po Moskwie, gdzieś tam w okolicy parku Gorkiego...".  
Gdyby przyszło Ci do głowy zajrzeć do jakiegoś wybitnego internetowego źródła, to dowiesz się, że Guitar World usytuował Uli'ego w połowie listy 100 najlepszych gitarzystów heavymetalowych wszechczasów, że Uli jest konstruktorem swojej Sky Guitar (śliczność na zdjęciu), że w 1998 roku brał wraz z Michael'em Shaneker'em udział w G3. I jeszcze będzie na pewno parę słów o Jimi'm i Monice, ale tę historię już znasz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz