środa, 8 stycznia 2014

08.01.2014

Ktoś kiedyś porównał zespól Scorpions do stalowego motyla.

Miałam nie pisać na razie o Scorpions'ach. Ale usłyszałam ich dziś i wczoraj w radio i przypomniałam sobie jak bardzo ich piosenki lubię. To będzie opowieść o zespole, który, szczerze mówiąc, nie zrobił rewolucji w świecie muzyki. Choć na pewno był pierwszym niemieckim zespołem z taką siłą przebicia (teraz mamy jeszcze Rammstein!). Ale czasami wystarczy, żeby rock'n'roll to był po prostu the-rock'n'roll. I jeśli znasz określenie dinozaury rocka to będzie w tym miejscu bardzo adekwatne, bo na scenie trzymają się (albo: sceny trzymają się) do dziś dłużej tylko Eric Clapton i The Rolling Stones, którzy rozpoczęli już szóstą dekadę działalności, choć Charlie Watts już od dawna twierdzi, że: te okropne koncerty są dla niego za głośne

Scorpions mieli w swojej historii wzloty i upadki. Nagranie w 1990 roku Wind Of Change było jak klątwa nagrody Nobla w świecie literatury [zważ: właśnie bezczelnie pominęłam 25 lat historii zespołu, od 1965]. Ja Scorpions odkryłam kiedy zaczęłam w domu bawić się kasetami. Szczególnie polubiłam dwie: Scorpions i Eurythmics. Oczywiście pirackie i oczywiście składanki (brrr...).  Tylko Eurythmics jakoś głupio było słuchać przez to zacinające się zmiksowane "se... se... se... sex crime". Żartuję. 

Scorpions'ów opisuje się wszędzie najczęściej w kategoriach paradoksu: zespołu rockowego, który najbardziej znany jest z ballad. No i faktycznie, te ballady można wymieniać bez końca: Holiday, Still Loving You (Still Loving You było z resztą podobno jedną z przyczyn wzrostu przyrostu naturalnego; do czego nawiązuje tekst innej ballady: She was born with a song in the air in the summer of 85), Always Somewhere, Born To Touch Your Feelings, When The Smoke Is Going Down..., etc. etc. j jeszcze bardzo dużo tych etc. etc. etc.

Ale mało kto wie, że początki Scorpions były zupełnie inne. Ich pierwsze płyty były cięższe, mocniejsze, często psychodeliczne. Mało kto wie, że Klaus Maine przeszedł kilka operacji strun głosowych i bał się, że już nigdy nie zaśpiewa tak jak w latach siedemdziesiątych. A w tychże latach siedemdziesiątych członkiem zespołu był Uli Jon Roth. To on, zafascynowany Hendrix'em, namawiał zespół do grania psychodeli. On też po śmierci Hendrix'a związał się z jego ostatnią partnerką - Moniką Dannenmann. Podobno fascynacja Jimi'm nie miała z tym nic wspólnego. Podobno też związek Lenny'ego Kravitz'a z Joko Ono nie miał nic wspólnego z fascynacją Kravitz'a Lennon'em. To dla Moniki dedykowane jest zawsze We'll Burn The Sky, którego tekst napisała wcześniej ona, po śmierci Jimi'ego.


Jeszcze w latach siedemdziesiątych wizytówką zespołu stała się konieczność cenzurowania okładek albumów. 1975: czarno-biała okładka In Trance prezentowała, co można zrobić z gitarą. To pierwsza płyta winylowa, którą kupiłam. Problemem podobno nie była gitara, ale naga pierś. Rok później: prawdziwa afera. Podobno wykreowana przez szefów wytwórni. Virgin Killer. Zrobiło się o niej głośno jeszcze po trzydziestu latach, w 2008 roku, kiedy... została zablokowana w anglojęzycznej Wikipedii jako... akt pornografii dziecięcej. Po czym okazało się jednak (uff...), że to element twórczości artystycznej. Tych ocenzurowanych okładek było jeszcze kilka.

Odkąd na początku 2010 ogłosili koniec kariery, grają nieprzerwanie kilkadziesiąt koncertów rocznie. Chciałam też napisać, że podobno na koncerty jeżdżą osobnymi limuzynami, ale szczerze mówiąc, to widziałam ich w brzeziach (true story), jadących pod eskortą pięcioma limuzynami. Muszę się więc wycofać z tego "podobno". W Konikach Galla Anonima, autor, nie chcą się wdawać w niekorzystne dla króla szczegóły, pisał zawsze: ale długo by o tym gawędzić, nie nudźmy więc czytelnika... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz