Muzyki nie da się nauczyć. Mimo, że znajdziesz setki rankingów "piosenek, które trzeba usłyszeć przed śmiercią" i mimo, że te rankingi czasem będą zawierały po 100, 500, 1000 , albo 1001 pozycji. Najcudowniejsze w muzyce jest wgryzanie się w kolejne fascynacje, szukanie, drążenie, odkrywanie, podążanie. Kiedy wymieniam czyjeś utwory (jeden, dwa, może trzy), to to nie jest podsumowanie, ale raczej zaproszenie.
Ale mimo to: kto nie kocha rankingów, zestawień i podsumowań. Szczególnie tych końcoworocznych. I tak od dwudziestu lat w Radiowej Trójce (w całej tej historii radiowa trójka to odrębna legenda) odbywa się małe misterium. Top Wszechczasów. 12 godzin muzyki. I właściwie miejsca są arbitralne. Mimo to prowadzący - Piotr Baron, Piotr Stelmach, Piotr Metz i Marek Niedźwiecki - są wynikami rankingu chyba tak samo rozemocjonowani jak słuchacze.
A może powinnam mówić raczej o Rolling Stone's 500 Greatest Songs of All Time z 2004? A może nie. Z całą miłością dla The Who, Ray'a Charles'a, The Clash, Arethy Franklin..., których dziś trójce nie usłyszeliśmy.
No i właśnie: pierwsza zapytana osoba zarzuci Topowi Wszech Czasów brak [wpisz dowolne nazwisko, dowolny zespół, dowolny kawałek] i nawet całkiem zgrabnie to uzasadni. Ja też mogę się zastanawiać dlaczego nie ma, hmm..., People Are Strange, dlaczego nie ma, um..., Still Loving You (a nawet, niech będzie: czemu brakuje Wind of Change), czemu ten Hendrix a nie inny Hendrix, że za dużo Floydów, że za mało Floydów, kto jest za wysoko, a kto za nisko, kto pasuje, a kto nie, i - na koniec - że to wszystko w ogóle bez sensu, bo to od lat przecież jest jakaś zmowa lobby fanów Dire Straits. Blah, blah blah... Ale to nie zmienia faktu, że mój świat byłby dużo uboższy bez dziewięciu na dziesięć z tych utworów, a pewnie w ogóle nie byłabym sobą bez połowy z nich.
Ale mimo to: kto nie kocha rankingów, zestawień i podsumowań. Szczególnie tych końcoworocznych. I tak od dwudziestu lat w Radiowej Trójce (w całej tej historii radiowa trójka to odrębna legenda) odbywa się małe misterium. Top Wszechczasów. 12 godzin muzyki. I właściwie miejsca są arbitralne. Mimo to prowadzący - Piotr Baron, Piotr Stelmach, Piotr Metz i Marek Niedźwiecki - są wynikami rankingu chyba tak samo rozemocjonowani jak słuchacze.
A może powinnam mówić raczej o Rolling Stone's 500 Greatest Songs of All Time z 2004? A może nie. Z całą miłością dla The Who, Ray'a Charles'a, The Clash, Arethy Franklin..., których dziś trójce nie usłyszeliśmy.
No i właśnie: pierwsza zapytana osoba zarzuci Topowi Wszech Czasów brak [wpisz dowolne nazwisko, dowolny zespół, dowolny kawałek] i nawet całkiem zgrabnie to uzasadni. Ja też mogę się zastanawiać dlaczego nie ma, hmm..., People Are Strange, dlaczego nie ma, um..., Still Loving You (a nawet, niech będzie: czemu brakuje Wind of Change), czemu ten Hendrix a nie inny Hendrix, że za dużo Floydów, że za mało Floydów, kto jest za wysoko, a kto za nisko, kto pasuje, a kto nie, i - na koniec - że to wszystko w ogóle bez sensu, bo to od lat przecież jest jakaś zmowa lobby fanów Dire Straits. Blah, blah blah... Ale to nie zmienia faktu, że mój świat byłby dużo uboższy bez dziewięciu na dziesięć z tych utworów, a pewnie w ogóle nie byłabym sobą bez połowy z nich.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz