Jack White. Człowiek, który czego się nie dotknie, zamienia to w złoto. A przy tym jeszcze, przynajmniej w kwestii muzyki, pcha łapy wszędzie gdzie się da. I to jest cudowne. I w sumie nie wiem czy lepiej byłoby opowiadać o nim godzinami czy zamilczeć i pozwolić muzyce mówić. No i jeszcze... z pokorą przyznaję, że większym ekspertem w jack'o-white'o-logii jest ktoś inny z naszych wspólnych znajomych.
Zwykle Jack White to "ten gość od tego intra na basie" [kolejne rozczarowanie w moim życiu: intro nie jest zagrane na basie, ale na przestrojonym elektryku], I tu po raz kolejny mogłabym skończyć, bo właściwie tyle [to intro] moim zdaniem wystarczy, żeby dziękować bogu [if any] za Jack'a White'a. I właśnie wcale nie Eric'a Clapton'a, nie Paul'a McCartney, nie Mick'a Jagger'a, ale Jack'a White'a wpisałam któregoś dnia, jako "koncert, który muszę zobaczyć", gdzieś tam bliżej początku niż końca mojej bucket list.
na czerwono, czarno i oczywiście biało
The White Stripes. Cały wizerunek utrzymany w trójkolorowej stylistyce: ciuchy, wizualizacje, okładki, instrumenty. Zespół miał powstać, kiedy Jack posadził Meg za perkusją i zachwycił się jej nieporadnością. White Stripes to stuprocentowy "garażowy rock": widać, że to wszystko jest pisane z pasją i trochę nieokrzesane. Jest też punk, folk i country. Jack na zmianę twierdził, że on i Meg są rodzeństwem, albo małżeństwem. Myślę, że to jej nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do tego, że Jack na koncertach niespodziewanie zapowiadał, że to właśnie ona będzie teraz śpiewać. I raczej nie pomagał też zespół lęku napadowego, na który cierpi. W końcu zaczęła bać się wychodzić na scenę.
na retro
The Raconteurs. To chyba zespół Jack'a White'a, z którym spędziłam najwięcej czasu. Wiesz jak ja nie lubię, kiedy ktoś śpiewa o tym co ja myślę, i to w sposób bardziej sensowny, niż to, jak to wszystko się układa w mojej głowie. Tak właśnie jest z The Raconteurs. The Raconteurs to zespół, o którym mówi się "supergrupa", a który sam o sobie mówi "starzy przyjaciele". I właśnie to słychać w ich muzyce. Mam wrażenie, że mogę sobie z boku posłuchać "gawędy" [serrrduszko za nazwę zespołu] czterech najlepszych kumpli, którzy właśnie się spotkali i opowiadają sobie zwyczajne historie o zwyczajnym życiu.
Chapter III
na mroczno
The Dead Weather. Alison Mosshart z The Kills wystąpiła z The Raconteurs kiedy Jack stracił głos. Zaiskrzyło na tyle, że w czasie wspólnego jam session stworzyli nowy zespół. Tak ot. Things just started to happen... it just was. The Dead Weather to jeszcze większa, a raczej: jeszcze bardziej super "supergrupa" niż The Raconteurs. Tym razem mocniej. Tym razem bardziej mhrocznie. Tym razem bardziej psychodelicznie. Trochę jak wiesz... liryka zadumy i mroku [znowu]. Efekt? momentami piorunujący, momentami hipnotyzujący. Z niecierpliwością czekam na trzeci album.
Chapter III
na mroczno
The Dead Weather. Alison Mosshart z The Kills wystąpiła z The Raconteurs kiedy Jack stracił głos. Zaiskrzyło na tyle, że w czasie wspólnego jam session stworzyli nowy zespół. Tak ot. Things just started to happen... it just was. The Dead Weather to jeszcze większa, a raczej: jeszcze bardziej super "supergrupa" niż The Raconteurs. Tym razem mocniej. Tym razem bardziej mhrocznie. Tym razem bardziej psychodelicznie. Trochę jak wiesz... liryka zadumy i mroku [znowu]. Efekt? momentami piorunujący, momentami hipnotyzujący. Z niecierpliwością czekam na trzeci album.
Chapter IV
na niebiesko
Jack White. Po kilku dekadach na scenie, po założeniu własnej wytwórni płytowej i nagraniu piosenki do Bonda, w 2012 roku wydał album sygnowany nazwiskiem. I na tym albumie jest właśnie to, co być powinno: Jack White. W czasach The White Stripes, Jack nigdy nie przygotowywał wcześniej setlist'y na koncerty. W solowej trasie do ostatniej chwili nikt nie ma pojęcia, który z dwóch towarzyszących Jackowi zespołów wystąpi danego wieczoru: The Peacocks (stuprocentowo sfeminizowany), czy The Buzzards (stuprocentowo zmaskulinizowany).
na niebiesko
Jack White. Po kilku dekadach na scenie, po założeniu własnej wytwórni płytowej i nagraniu piosenki do Bonda, w 2012 roku wydał album sygnowany nazwiskiem. I na tym albumie jest właśnie to, co być powinno: Jack White. W czasach The White Stripes, Jack nigdy nie przygotowywał wcześniej setlist'y na koncerty. W solowej trasie do ostatniej chwili nikt nie ma pojęcia, który z dwóch towarzyszących Jackowi zespołów wystąpi danego wieczoru: The Peacocks (stuprocentowo sfeminizowany), czy The Buzzards (stuprocentowo zmaskulinizowany).




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz