Powinnam mniej pisać - wtedy ty więcej komentujesz : )
Po dwóch dniach w Gdańsku czuję, że powinnam zacząć pisać raczej o książkach. Ale nie nie - spokojnie. Okazało się po prostu, że 500 metrów od mieszkania mam cudownie wyposażoną filię naukową biblioteki wojewódzkiej (hello Nachmias-Nachmias, hello Kotler, my old friends) z ooolbrzymim w porównaniu z Krk (sorry Krk) działem z muzyką rozrywkową. Wczoraj już prawie wyniosłam pół biblioteki (na razie przeczytałam "Nie wierzę w życie pozaradiowe" Niedźwieckiego). Ale to jeszcze nic: tutaj jest filia biblioteki wojewódzkiej... galerii handlowej! how cool is that?
W najbliższym czasie możesz się spodziewać dużo Queenu, Jarocina (kusi, żeby jechać, bo to już niedługo i w sumie niedaleko), Manu Chao (mam nadzieję, ze przeczytam przed koncertem na Woodstocku). Chyba, że pochłonie mnie zbyt mocno Swietłana Aleksijewicz i Hugo-Bader.
I dziś już nic na to nie poradzę, że będzie dość krypto/pseudo-muzyczne, ale polecam z całego serducha wywiad z moim sąsiadem dzielnica w dzielnicę : )
[Staram się być hybrydą faceta i baby]
Czekam dość długo pod drzwiami przedwojennej kamienicy w
Gdańsku-Wrzeszczu, w której mieszka Tymon Tymański. W końcu zza zakrętu wyłania
się wielkolud w skórze. Gdzie szyją tak ogromne ramoneski? Tymon jak zwykle w
biegu, jak zwykle spóźniony, zbliża się. Rośnie w oczach od 45 lat. Spieszy
się, tłumaczy, uśmiecha, wita, gestykuluje, ciągnie do domu, wszystko razem,
jak to przy zespole ADHD. W ogromnych, umięśnionych rękach groteskowo wygląda
sałata, szczypiorek i jakaś marchewka.
Marek Górlikowski: Co to jest?
TYMON TYMAŃSKI: - Jesteś tym, co jesz. Przeszedłem na dietę.
Czytałem w wywiadzie dla pretensjonalnego periodyku „Smak”,
ale myślałem, że to są jakieś jaja. Ty tak na poważnie?
- Żyję z tego, co przyniesie dzień. Życie kogoś takiego -
twórcy, sowizdrzała, a jeszcze do tego głowy komórki społecznej, jaką jest
rodzina - nie jest beztroskie. Stresuję się tak samo, jak każdy pater familias,
który sprzedaje kapustę czy wymyślił sobie firmę z pończochami. Mam trzech
synów z trzech małżeństw: 22-letniego Lukasa, 16-letniego Kosmę i najmniejszego
siedmiomiesięcznego Teo. Nie chcę, żeby im mnie nagle zabrakło, więc zacząłem
trochę bardziej o siebie dbać. Stąd ta sałata.
Browar?
- Piję czerwone wino.
Kiedy operacja plastyczna?
- Raczej nie planuję. Zamiast tego biegam i pakuję, wróciłem
też do karate. Chodzi o zdrowie, a nie o image, bo to pic na wodę. Ludzie
różnie radzą sobie z przemijaniem. Większość udaje, że jest wszystko OK. Aż do
zawału, udaru czy problemu z prostatą. Niektórzy - jak Kuba Wojewódzki - mają
dobre geny, ale wszystko do czasu. Fakt faktem, że po czterdziestce zaczynasz
powoli odczuwać inną jakość ciała, kondycji.
Do tego dochodzi nieustanna walka ze stresem. A ja chcę żyć
sto lat. Niespożyta energia to nie wszystko, trzeba słuchać swojego ciała.
Jestem wojownikiem. Jeśli zaczyna mi napieprzać krzyż czy coś w tym stylu, nie
pójdę z tym do lekarza, tylko zapiszę się na taichi i zmienię dietę.
Zacząłeś bać się śmierci?
- Zawsze się bałem. Cały dowcip polega na tym, że ten
jajcarz, za którego mnie mają, jest podszyty nadwrażliwością i hipochondrią. W
wieku 15 lat myślałem o śmierci, w wieku 30 lat czułem się stary, a teraz, w
wieku 45 lat, te wszystkie paranoje się nasilają. Do tego dochodzi sfera
przemijania. Tu się posiwiało, tu utyło, tutaj coś skrzypi w kolanie. W wieku
40 lat, po jakimś kolejnym rozstaniu z kolejną młodą kobietą, poczułem, że
zaczęło szwankować mi ciało. Przedtem chodziłem ciągle na treningi, grałem w
kosza i w nogę. Wszystko było gites.
Chyba dopadł mnie też ogrom stresu, jakim obarczone zostało
życie jednego z producentów niezależnego filmu „Polskie gówno”. Siedem lat
dłubania w alternatywnej materii. Trzeba było wziąć odpowiedzialność za wydatki
- zdjęcia, wynajęcie aktorów, montaż. Przez ten pieprzony film zaczęła mnie
boleć cała lewa strona ciała, jakby była zardzewiala. Do tego osiem browarów na
koncercie, tłuste żarcie, jakieś nadciśnienie, zadyszka. Powiedziałem sobie:
„kurwa, koniec tego dobrego”.
Postanowiłem zmienić nawyki. Zainteresowałem się
warzywno-owocową dietą profesor Ewy Dąbrowskiej, dość radykalnej leczniczej
pseudogłodówki, ubogiej w tłuszcze i cukry. To dieta, która alkalizuje i
uaktywania proces oczyszczania organizmu z wieloletnich złogów. Od razu
poczułem się znacznie lepiej. Ciśnienie się poprawiło, zacząłem chudnąć itp.
Właściwie przeszedłem na weganizm, który z rzadka urozmaicam sobie jakimś kozim
serem czy rybą. Przestałem solić. Poza tym - warzywa, owoce, soki, ciemne
pieczywo, kasze. Widzę przerażenie w twoich oczach, ale jesteśmy panami w wieku
45 lat i tego nie zmienisz.
I jak oceniasz te 45 lat?
- Mam dwoisty stosunek do moich dokonań. Z jednej strony
jestem zadowolony z tego, co zrobiłem. Z drugiej to, co było, mija bezpowrotnie.
Nie będę się cały czas obnosił z tym, co zrobiłem - z tym, że założyłem jeden z
najważniejszych zespołów lat 90., dostałem dwa Fryderyki, paszport „Polityki”
czy inne pierdoły. To przeszłość. Liczy się dzisiaj.
Moi kumple, Leszek Możdżer i Mikołaj Trzaska, trzymali się
jednej rzeczy - jazzu - tak długo, aż osiągnęli sukces. Ja zaryzykowałem.
Wybrałem coś w rodzaju artystycznego dziesięcioboju. Pisanie, komponowanie,
granie w jazzowych i rockandrollowych kapelach, produkcję filmową, pracę w
mediach. I raczej mi z tym dobrze. Gdybym miał tylko grać jazz, zesrałbym się z
nudów.
Mówisz, że wybrałeś dziesięciobój, ale niektórzy twierdzą,
że chociaż wywodzisz się z muzyki alternatywnej, wybrałeś kasę.
- Myślę, że jeszcze tego nie zrobiłem, ale wszystko przede
mną. Pojawiają się takie możliwości. Ale żarty żartami. Wybór to nie jest dobre
sformułowanie. Ja nie muszę wybierać. Mogę robić to i to - zarabiać pieniądze z
mediów i grać muzykę alternatywną. Myślę, że to uczciwe rozwiązanie. Gram to,
co lubię, z koncertów zarabiam tyle co taksówkarz. A że moja rodzina jest
cenniejsza, że nie chcę, żeby biedowała w imię moich artystowskich ideałów?
Z tymi opiniami jest zresztą bardzo różnie. W Warszawie
mówią, że jestem jednym z ostatnich, którzy się nie sprzedali. Wszystko zależy
od punktu widzenia i siedzenia. Pięć razy odmówiłem dużym programom typu „Idol”
czy „Must Be the Music”, zbudowałbym już za te pieniądze dom. Czyli można
powiedzieć, że jestem idiotą albo niepoprawnym idealistą. Widząc, że sztuka i
kultura zamieniają się w małą, piaszczystą wysepkę, podmywaną oceanem chłamu,
komercji i tandety, ja ciągle wybieram niezależność.
Zresztą zobaczymy, jak długo. Każdy ma swoją cenę, a rodzina
- powtarzam, jest najcenniejsza. Dom to też fajna sprawa. W Ameryce czy
Kanadzie może mieć go wielu, w Polsce - tylko wybrani. To dość słabe.
Nie krytykuję cię, sam sprzedaję teksty takie jak ten,
interesuje mnie, jak przyjmujesz krytykę np. Mikołaja Trzaski, który uważa, że
się nie sprzedał?
- W filmie „Miłość” Mikołaj zarzuca mnie oraz Lechowi
Możdżerowi komercjalizację. Nie lubię komuś zaglądać do portfela ani pouczać,
jak ma żyć i pracować. Nie mam zamiaru się tłumaczyć z tego, że jestem
człowiekiem mediów, bo jestem wyszczekany, coś tam czytałem, umiem się obronić
słownie i pisemnie. Jeden dostaje więcej w rodzinnej schedzie, inny musi na to
wszystko ciężko zapracować. Ale ja lubię brać udział w publicznej debacie,
lubię wystawić głowę i analizować otaczającą nas rzeczywistość. I uważam, że
się nie sprzedałem.
Gram swoje i mówię swoje. A że nie to samo co dwadzieścia
lat temu? Sorry. Nie lubię się nudzić. Z drugiej strony cała ta gadka na temat
niezależności to temat zastępczy. Nie ma czegoś takiego jak niezależność. Każdy
wie, jak jest. Wszyscy jesteśmy w ten Babilon umoczeni. Wszyscy mamy karty
kredytowe, mieszkania i domy na kredyt. Jesteśmy zależni od Matriksu w jego
różnorakiej formie - kredytów, przywiązania do gazetowej informacji, telewizji,
chujowego, przetworzonego żarcia, farmaceutyków. Współtworzymy ten nasz
Matriks, dokładając do niego garść negatywnych emocji - naszą złość, zazdrość,
chorą ambicję, tendencję do obmowy i intryganctwo.
Zatem gadanie o tym, kto się sprzedał, to jakiś ogniskowy
żart. Babilon to my. I w tej naszej dość kiepskiej sytuacji uzależnionego
wszelka dodatkowa energia, wyrażona w postaci pracy duchowej czy twórczej pracy
nad umysłem i ciałem, jawi się jako twardzielstwo. Więc generujmy ten
energetyczny naddatek i przestańmy pierdolić, oskarżając się nawzajem o
sprzedanie. Gadka o zaprzedaniu to pierdzenie skauta licealisty.
A jak tam celebrycki światek w warszawce?
- Nie wiem, bo prawie nie bywam. Ostatnio moja żona Marysia
chciała pójść na pokaz mody, zgodziłem się. Pierwszy i ostatni raz w życiu.
Zaraz nas zaciągnęli pod ściankę, żeby nacykać zdjęć. I na zdrowie! Kiedyś
Mikołaj Lizut zaciągnął mnie na otwarcie knajpy Borysa Szyca, byłem tam
dosłownie dziesięć minut. Mam do tego dystans absolutny. Pamiętam, jak dwa lata
temu pojechałem na festiwal filmowy w Gdyni i wieczorem była impreza. Pojawili
się polscy aktorzy, większość z nich płynęła nad czerwonym dywanem jak
płanetnicy czy jakieś inne UFO. „Ja pierdolę, lewituję nad dywanem! Jestem
Bogiem, zagrałem w „Kac WawA”, co miesiąc jestem w reklamach i na afiszach!”.
Co za żenada. Po pięciu minutach już mnie tam nie było.
Czy twój film „Polskie gówno” będzie o tym?
- Otóż nie do końca. Przypomnijmy, że robimy go z Grześkiem
Jankowskim już siedem lat. Przez ten czas dużo się zmieniło w naszych głowach.
W zamierzeniu w naszym musicalu miało być więcej obrazków z życia polskiego
szołbizu, ale po wielu rozmowach - między innymi z Wojtkiem Smarzowskim, który
jest opiekunem filmu - stwierdziliśmy, że teza musi być inna. To historia
pewnej grupy ludzi, którzy stawiają na uczciwość, na przekaz. Historia pewnej
przyjaźni, walki o własny punkt widzenia. A show-biznes jest w tle. Film jest
już prawie ukończony, wkroczyliśmy w fazę postprodukcji. Oddaliśmy go
producentowi z prawdziwego zdarzenia, czyli Filmitowi, z czego się bardzo
cieszę. Kwestia kilku miesięcy i trafi do kin.
Na razie gotowa jest książka „ADHD”, czyli wywiad z tobą.
Nie za wcześnie na kombatanckie wspomnienia?
- To był pomysł Rafała Księżyka, który jest świetnym
dziennikarzem i zrobił kapitalne wywiady z Tomkiem Stańko oraz Robertem
Brylewskim. Owszem, połechtało moją dumę i próżność, że tak znakomity dziennikarz
wybrał mnie na trzeciego do podium oryginałów. Przyznasz, że to fajna sprawa -
nie ucieszyłbyś się z takiego towarzystwa? Wywiad to nie to samo co
autobiografia. Na napisanie tej ostatniej faktycznie mam jeszcze czas.
Ale na co ludziom sprzedawanie własnego życia?
- To kwestia punktu widzenia. Jeśli masz coś ciekawego do
powiedzenia, po prostu chcesz się tym podzielić z innymi. Dotąd sprzedaliśmy
jakieś 20 tysięcy egzemplarzy, dostaliśmy z Rafałem bardzo fajny feedback.
Takie mięsne historie inspirują ludzi, dodają im otuchy i odwagi. Poza tym nie
sprzedaję własnego życia, tylko opowiadam o ciekawych czasach, niezwykłych
ludziach, z którymi miałem szczęście obcować i pracować. Ta książka to nasz
wspólny, mój i Rafała, sukces artystyczny z pogranicza biografii, beletrystyki
i podaży głodnych kawałków obyczajowych. Jest uczciwa, nie jest tabloidalna.
Nie ma tam zbyt wiele o ćpaniu czy ruchaniu, chociaż to najlepiej się dziś
sprzedaje, dlatego nie postrzegam tej książki jako spowiedzi pyszałka czy
celebryty. To nie jest moja samotna koniobijka. No i to już nie moje zdanie,
ale takich znakomitych krytyków, jak Krzysztof Varga czy Robert Sankowski, że
jest to po prostu kawał dobrze opowiedzianej historii polskiej muzyki, w tym
alternatywnej sceny muzycznej w Trójmieście.
Z tego samego powodu chciałeś po tylu latach reaktywować
zespół Miłość i zagrać bez nieżyjącego Jacka Oltera?
- To nie był mój pomysł, żeby zagrać na OFF Festivalu.
Propozycja wyszła od Artura Rojka, ale oczywiście się zgodziłem. Ja jedynie namówiłem
Filipa Dzierżawskiego na zrobienie filmu dokumentalnego o zespole Miłość. Filip
namówił mnie, żeby sprokurować zespołowe spotkanie po latach na próbie. To był
jego pomysł, taka mała manipulacja. Powiedział, że nienawidzi dokumentów typu
„gadające głowy” i trzeba wymyślić jakąś małą ściemę, żeby mieć pretekst do
opowiedzenia całej historii. Więc wymyśliliśmy tę zajawkę z próbą, potem już
wszystko zaczęło się samo dziać.
I wyszło tak, że na filmie „Miłość” nie ma miłości, kłócicie
się i rozchodzicie.
- Jest miłość, tylko że Trochę przechodzona, stetryczała,
wyliniała. Same rzeczone próby były bardzo obiecujące. Wydawało się nam, że
jest szansa, że po tym wszystkim wyruszymy w kolejną trasę, może nagramy płytę.
Po co? Chyba na zgodę, że pogadać o życiu przy jakimś dobrym winku. Filip
Dzierżanowski, który jest z wykształcenia psychologiem, dobrze to wszystko
wymyślił. Chcąc czy nie, dokonał czegoś w rodzaju terapii ustawień Berta
Hellingera. Filip ustawił nas w pewnej konfiguracji i sam się wycofał, obserwując
nas razem z Andrzejem Wojciechowskim, nawiasem mówiąc znakomitym operatorem.
Zaczęło się od słodzenia, po czym - po dwóch czy trzech
dniach - wróciły stare traumy i animozje. Więc jest to
uczciwa historia Miłości i przyjaźni kilku kumpli. Przyjaźni prawdziwej i
intensywnej, która w pewnym momencie się kończy albo przechodzi w inną fazę.
Myślę, że dalej bardzo się lubimy, ale po prostu nie umiemy już ze sobą
pracować. Koniec końców, film się udał i był bardzo potrzebny. Płyty Miłości
nie oddają całej historii, którą warto było opowiedzieć. Zresztą film żyje
dłużej niż płyty.
"Facet jest jak karate - wszystko bierze na klatę.
Fajnie, jak masz na to zdrowie, ale nagle zdrowie tracisz i nie masz na to
energii". Fot. Marek Straszewski
Jesteś próżny?
- Mój Boże, pewnie, że tak. Znasz kogoś, kto nie jest?
Chętnie zostanę jego uczniem. We współprodukowaniu filmu o twoim zespole jest
element próżności, jak najbardziej. Chcesz pokazać młodzieży, jak się
napierdalało w pionierskich czasach. Inna sprawa, że mało kto miał okazję grać
w takiej kapeli, naszpikowanej indywidualnościami. Miłość była jak zespół
Komedy i Stańki, wszyscy jej członkowie zrobili spore kariery. Nadal coś
robimy, nadal się rozwijamy, każdy prze w swoim kierunku. Ba, gramy dziś lepiej
niż kiedyś, co zresztą widać w rzeczonym obrazku. Chciałem, żeby ten film
pokazał ludziom, jaka to była energia, ile się wówczas działo w Trójmieście.
Pokazał też, że przyjaźń nie zawsze jest możliwa.
- Wszystko ma ulotną naturę. Związki są równie ulotne jak
nasze ciała. Nietrwałość dzień po dniu drąży skałę codzienności. Nietrwałe są
przyjaźń czy miłość, chociaż oczywiście możemy i próbujemy pracować nad tym,
żeby nie kończyły się toksycznie. Po jakimś czasie kończy się pierwsza
fascynacja, kiedy bierzesz LSD zakochania. Zaczyna się codzienność. Miłość trwa
dokładnie tyle, ile pracy nad nią wykonają partnerzy. To dotyczy wszystkich
związków, również przyjacielskich, choć te mogą być trwalsze, o ile ludzie nie
są wystawieni na największe próby. Próby obcowania ze sobą przez dzień i noc.
W zespole Miłość ta fascynacja trwała dokładnie siedem lat,
jak w małżeństwie. Potem nie chciało nam się dalej pracować nad utrzymaniem
dobrych relacji. Przy tej intensywności życia, jaka czeka młodych ludzi, przez
wiele dni zamkniętych w busie, hotelu czy garderobie, co weekend w trasie
koncertowej, konflikty to chleb powszedni. Pamiętam, że któregoś razu z
nieżyjącym Jackiem Olterem daliśmy sobie porządnie po ryju, z Mikołajem też
kilkakrotnie doszło do wymiany podobnych uprzejmości. Normalka.
Ta powszechnie znana teoria o kwasiku zakochania bardzo jest
wygodna przy rozstawaniu. Stosujesz ją?
- Zdementujmy jeden mit. Nie jestem jebaką, za którego
uchodziłem już w liceum. Mało tego - jestem nawet dość wierny.
I teraz kilka kobiet turla się ze śmiechu, a może klnie...
- Powiem ci, że na trzy żony zdarzyło mi się jedną
konkretnie zdradzić. Po miesiącu poszedłem do niej i powiedziałem, że odchodzę
z inną kobietą. Zatem żon z zasady nie zdradzałem. Moje dziewczyny parę razy
zdradziłem, owszem, ale dziewczyny to trochę inna sytuacja. Nie miałem też 300
kochanek, a co najwyżej 10 razy mniej. Nie są to ilości imponujące i nigdy mi
na tym nie zależało.
Myślę, że są trzy typy facetów. Pierwszy jest z jedną żoną
przez całe życie. Ewentualnie coś mu odbija po czterdziestce i nagle odchodzi
od żony z kilka lat młodszą koleżanką z pracy, z którą potem spędza całe dalsze
życie. Drugi typ usiłuje być z jedną babką, ale mu nie wychodzi. Z jedną jest
parę miesięcy, z inną dwa, trzy czy osiem lat. Ale ciągle próbuje znaleźć
związek na lata. Trzeci to typ seksoholika. Może mieć żonę, którą nawet kocha,
ale będzie miał zawsze babki na boku. Bez przerwy fascynują go nowe, kobiece
ciała, nie potrafi sobie odpuścić.
Ty jesteś którym typem?
- Jestem pośrednim typem między pierwszym i drugim. Chcę być
z jedną babką, ale mi nie wychodzi. W związku z czym mam w sobie coś z
seksoholika. Pewien mój znany kumpel śmieje się ze mnie, że gdy wychodzę „na
łowy” do Spatifu, zawsze coś się do mnie przyklei. Na parę miesięcy albo parę
lat. Ale to punkt widzenia ruchacza, który szybko spławia babki. Ja lubię
związki, wierzę w karmiczne spotkania. Próbuję z nimi być, ale jak nie
wychodzi? Sorry, Winnetou.
Ale typem pierwszym, żyjącym z jedną żoną, nie jesteś.
- No nie jestem. Chociaż aktualnie jestem w związku z
kobietą, z którą pewnie spędzę trochę więcej czasu Bo jest tego warta. Bo jest,
przy całej swej kobiecej emocjonalności i subtelnej neurotyczności, inteligentna,
dowcipna i całkiem racjonalna. To cechy, które czynią z niej dobrego kumpla.
Racjonalna?
- Uwielbiam kobiety, kocham je i szanuję, ale czasem trudno
się pogodzić z tym, że element irracjonalności He-he zatruwa ich umysły. Kiedyś
pokłóciłem się z dziewczyną i kupiłem „Mózg kobiety” Louann Brizendine. Wiele
mi to wyjaśniło. Zrozumiałem, że umysł faceta przypomina stabilny szczyt
górski, ulegający ciągłej erozji, podczas gdy umysł kobiety przypomina samą
pogodę - ciągle zmienną! To nie moje porównanie, to dictum pani Brizendine,
inteligentnej i dowcipnej neuropsychiatry z ponadtrzydziestoletnim
doświadczeniem. Dlatego dobrze jest wiedzieć, czego poszukujemy.
Jak się tego dowiedzieć?
- Pewnie za pomocą prób i błędów, jak szalony naukowiec.
Osobiście poszukuję u kobiet dużego poczucia humoru i silnego elementu
logiczno-racjonalnego. Jako że ciężko jest te cechy znaleźć, coraz częściej
myślę o zostaniu pedziem. Żartuję. Znalazłem taką kobietę - nazywa się Marysia
Natalia i wcale nie ma pisiaka. Jest bardzo inteligentna, ale też kobieca i
tere-fere. Jestem też trochę starszy, więc wiem, jak nie wkurwiać lwicy.
Nie wszystko u starszego jest lepsze.
- Zastanawiasz się, czy bez viagry staje mi kuśka? Otóż
staje.
A jak cię 20 lat młodsza Maria Natalia kopnie w dupę? Już na
pewno gapi się na młodszych kolesiów.
- Jak kopnie, to kopnie. Póki co, jest OK. Mamy kapitalnego
synka Teo, w dodatku Maria lubi i jest w dobrym kontakcie z moimi starszymi,
równie wspaniałymi synami - Lukasem i Kosmą. Swoją drogą, jestem starym
myśliwym, który poluje na odpowiednią zwierzynę. Zauważyłem też, że z jakiegoś
powodu wiążę się z kobietami młodszymi, które mają deficyt ojca. Potrzebują
silnego, ale też wrażliwego, opiekuńczego kolesia, który ma autorytet i jakąś
tam pozycję społeczną. No i oczywiście dobrze, żeby mu czasami dygnął. Takie
dziewczyny prawie nie zauważają zmarszczek i siwizny.
Patrzą tak, żebyś nie wiedział.
- Dziewczyny dwudziestoparoletnie często mówią, że faceci w
ich wieku nie są zbyt inspirujący. Taki związek przypomina trochę kawał, w
którym ślepy prowadzi kulawego. Oboje niewiele wiedzą o życiu i popełnią
wszystkie błędy, które muszą popełnić młodzi ludzie. Zresztą mogę ci z miejsca
podrzucić parę powodów, dla których młode babki często wybierają starszych
facetów.
Proszę...
- Wpierw musimy zdefiniować, czego od kolesia potrzebuje
kobieta. Otóż kobieta najbardziej potrzebuje bezpieczeństwa, wsparcia. Zatem -
primo: w wieku 45 lat trochę łatwiej o pozycję społeczną i pieniądze, co robi
wrażenie na kobietach, które pragną bezpieczeństwa dla siebie i dzieci. Secundo:
rozsądny 45-latek ma mniejszą potrzebę sprawdzania się na mieście. Mówimy
oczywiście o takim, co to się już posprawdzał, a nie o takich, którzy w wieku
lat 40 odkryli, że mają pindola - jak ten bidak z PiS-u, który ma piękną żonę i
wplątał się w aferę z prostytutkami. Tertio: doświadczenie i mądrość. 20-latek
może być bardzo inteligentny, ale mądrość, czyli inteligencja razy
doświadczenie, to coś, co się nabywa z wiekiem. Choć nie każdemu się udaje coś
zrozumieć, znam wielu 40- czy 50-letnich debili. Zresztą sam często łapię się
na tym, że robię jakieś debilne rzeczy. Niemniej świadomość własnej głupoty i
uczestniczenia w pewnym procesie wiecznej nauki buduje naszą mądrość.
Robiłem kiedyś wywiad z Martyną Wojciechowską, ona twierdzi,
że faceci niewieścieją. Nie wiąż tego z twoją dietą, ale nie sądzisz, że ma
rację?
- Ma. Zauważyłem to już w 1atach 80. w Finlandii. Póżniej, w
latach 90., zaobserwowałem podobną tendencję w Niemczech i Szwajcarii. Babki
walczyły o swoją pozycję społeczną łokciami, a faceci wycofywali się i dbali o
manikiur. Nawet siłownia jest oznaką zniewieścienia, zbytnią troską o wygląd.
To jest kultura zachodnia, to do nas przyszło. W kapitalizmie kobiety są
poniżane w pracy. Muszą walczyć o pozycję, pieniądze, godność. Często stają się
ojcomatkami, nie mając faceta i opiekując się dziećmi za dwoje. To czyni je
czasem twardszymi od nas. Zapieprzając tyle, co faceci, dostają jedną trzecią
tego, co faceci, więc muszą stawać się ostrzejsze od nas. Są w ciągłym ruchu,
są inteligentne, łatwiej od faceta akceptują zmianę, co udowodniono naukowo.
Dlatego dla mnie decyzja o diecie wegańskiej, decyzja o długowieczności - jest
właśnie wejście na ścieżkę kobiecego kung-fu. Nie siłą, a sposobem.
One są od nas mądrzejsze?
- Ani mądrzejsze, ani głupsze, tylko mają praktyczniejszy
rodzaj broni. Facet jest jak karate - wszystko bierze na klatę. Fajnie, jak
masz na to zdrowie, ale nagle zdrowie tracisz i nie masz na to energii. Babka
jest jak kung-fu, które jest bardziej miękkie.
Zamiast atakować problemy jak byk, opływasz je dookoła. Nie
rozpierdolisz pięścią ściany. Wkurzając się i miotając, niewiele wskórasz.
Musisz być bardziej yin - cierpliwy i praktyczny.
Staram się być hybrydą faceta i baby. Nie ma w tym nic
wstydliwego. Czyli, koniec końców, jestem reprezentantem filozofii gender. Tyle
że ja odróżniam faceta od baby. Facet i babka są skrajnie różni, ale oboje
równie inspirujący. Społeczeństwo niewieścieje, ale to nie musi być nic złego.
Doświadczony mężczyzna zaczyna okazywać czułość, potrafi przejąć role kobiety w
rodzinie.
Opiekuje się dziećmi, gdy dziewczyna zarabia kasę?
- Jak John Lennon, który przez pięć lat zajmował się domem i
małym Seanem. Miał 35 lat, gdy urodził mu się drugi syn. Yoko została kimś w
rodzaju menedżerki, dbała o ich interesy. Lennon jak najbardziej świadomie
wycofał się z show--biznesu. Czy stał się przez to babą? Ni chuja. Był
wspaniałym facetem. Dla mnie to wyznacznik dojrzałego zachowania męskiego. Choć
mógł trochę bardziej zająć się Julianem, synem z pierwszego małżeństwa. Ja
chyba jestem fajniejszym ojcem. Ale też mam to szczęście, że dane jest mi
dłużej żyć.
Mógłbyś tak? Zostawić wszystko i zająć się domem?
- Dobre pytanie. Uczciwie ci powiem, że nie wiem. Ale
uważam, że ci, którzy to potrafią zrobić, są mądrymi kolesiami. A jeżeli ktoś
nazwie takiego kolesia ciotą, to osobiście sprzedam mu fangę w ryło. Niech mi
te spocone, pseudonapakowane mięczaki z szatni męskiej, wyżelowani piłkarze czy
inni kibole nie ględzą, że gotowanie czy przewijanie dziecka jest pedalstwem.
To oni dbają o swoje paznokietki, włoski i kaloryferki znacznie bardziej niż
kobiety, z drugiej strony mając problem z akceptacją homoseksualizmu. Często
własnego.
A gdybyś nagle dostał milion dolarów i olał Babilon, której
działalności byś się poświęcił?
- Nadal robiłbym to, co robię. Pisał, komponował, grał
koncerty, prowadził audycję. Pewnie produkowałbym filmy. Nie chciałbym być
reżyserem, nie chcę udawać Leonarda da Vinci, ale pisanie scenariuszy bardzo
mnie kręci. Trzeba się wyrażać, choćby i na przekór światu czy własnemu
zniechęceniu. Świat powoli maszeruje na skraj przepaści, ludzie nie są zbyt
mądrzy. Nie zatrzymasz tej tendencji. Jedyne, co możesz zrobić, to wyrwać się z
tego ogłupiałego tłumu ptaków dodo i robić swoje.
Może uda ci się kogoś zainspirować, może jakiś kolejny dodo
nie wskoczy w mroczną czeluść. Ale nie mam takich ambicji, by zawracać świat i
wołać na puszczy: „Opamiętajcie się!”. Dbam o swoją czeredkę: rodzinę i kilku
przyjaciół. Staram się też działać charytatywnie. Praktycznie co miesiąc biorę
udział w jakiejś akcji, ale nie ma się tu co za bardzo chwalić. Są ludzie,
którzy jako wolontariusze chodzą do hospicjum i czynią posługę umierającym. To
jest prawdziwe twardzielstwo. Ale niech każdy robi tyle, ile może, a świat
stanie się trochę lepszy. Cokolwiek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz