
Jedną z pierwszych książek, które wysyłałam jako nagrody w czasie praktyk w Interii były tomiszcza "Pokolenie J8. Jarocin 80' 89' ". Cholery nie mieściły się do żadnej koperty bąbelkowej. Do dziś się zastanawiam w jakim stanie doszły odbiorców... . A wczoraj skończyłam czytać "Grunt to bunt" Grzegorza K. Witkowskiego. W sumie od dawna czułam potrzebę przeczytania czegoś o Jarocinie. Do tej pory to, co wiedziałam opierało się głównie na "Historii Polskiego Rocka" i "Beats of freedom. Zew wolności". I jeszcze jednym filmie, który oglądałyśmy z mamą i z którego zapamiętałam tylko zespół Masturbator i jeszcze z opowieści mojej sąsiadki, której na Jarocinie być się zdarzyło, ale opowiadała tylko, że muzyki specjalnie nie słuchali, bo i słychać specjalnie nic nie było, a ktoś im proponował butapren (podobno odmówili).
Po przeczytaniu 500 stron wywiadów (a to dopiero jeden z trzech tomów, które do tej pory się ukazały) o Jarocinie wiem raczej niewiele więcej niż do tej pory. Tak samo mylą mi się nazwiska, tak samo jestem przytłoczona ilością zespołów. Do tego natomiast dane mi było pozyskać wiedzę: kto, z kim i dlaczego. A dokładnie kto, o co, do kogo: ma dziś pretensje..., kto, komu, co: powinien zawdzięczać, kto, kiedy, kogo: zauważył i wypromował (w przypadku niektórych zespołów przyznaje się do tego co najmniej kilka osób), no i jeszcze, najważniejsze: czy Walter Chełstowski był tym dobrym czy tym złym. Całość próbuje ratować Marek Niedźwiecki stwierdzeniem, że co prawda "nie było tak naprawdę istotne dla nich, kto śpiewał na estradzie, kto występował" ALE "to było coś podobnego jak Woodstock w dawnych latach w Ameryce. Przyjeżdżali tam po prostu pożyć tą muzyką, wolnością, gdy wyrywali się z domu."
Może mam za wysoki PESEL, żeby poczuć tę książkę, może ciężko odnaleźć się w tych labiryntach nazwisk, nazw, miejsc, organizacji i stowarzyszeń, wydarzeń i powiązań komuś, dla kogo nie są one już rzeczywistością, życiowym doświadczeniem, ale opowieścią. Może. A może po prostu nie odnajduję się w formacie, gdzie na 520 stronach umieszczonych zostaje 60 wywiadów, które brzmią dokładne tak samo (przepraszam: z Tadeuszem Nalepą brzmi nieco inaczej - i mieści się na około 1,5 strony. Małej strony. Z dużym marginesem). I tu mam problem... wiem, co autor chciał osiągnąć. Nie wiem dlaczego wybrał taki sposób. Wiem, że wiele z tych narracji się różni. Wiem, że jest wiele punktów widzenia. Ale wiem też, że dla mnie, która z Pancernymi Rowerami, Karcerem, Ogrodem Wyobraźni, Po Prostu, Jaguarem etc. etc. ... kolejny wywiad z członkami tych kapel, który zaczyna się od pytań: jak przyjechaliście? gdzie spaliście? czy braliście udział w przesłuchaniach? poprzez: jak wspominacie swój koncert? czy pamiętacie inne koncerty? a kończący się na: co z cenzurą? czy Jarocin był wentylem bezpieczeństwa? - i tak sześćdziesiąt wywiadów... no to wszystko przyprawia mnie raczej o ból głowy. Ostatnio czytałam recenzję koncertu, w której ktoś zarzucił wokaliście, że za bardzo się starał. Witkowski nie-wąt-pli-wie popisał się swoją wiedzą, natomiast forma, którą wybrał sprawia, że książka "Grunt to bunt" wygląda na pisaną troszkę od szablonu... . Taki to bunt właśnie.
Chciałam napisać, że może po prostu to trzeba zobaczyć, a nie czytać o tym. Ale tu akurat wszyscy zgodnie przyznają, że (the) Jarocina już nie ma.
oi !
motyw: kto-co-komu zawdzięcza jest dla mnie przytłaczający. bardzo nie lubię takich rzeczy. wciąż nie lubię. może to minie?
OdpowiedzUsuńpozwól, że nie skomentuję samej wartości książki, czy obranej przez autora (?) formy publikacji. po prostu: no comment.
G.