Wychodząc w niedzielę z domu, zdążyłam jeszcze obejrzeć część relacji z Jarocina i myślą, która kołatała mi się po głowie było "kurde, co to za koncerty za dnia, bez świateł... bez klimatu....". Do wieczora zmieniłam zdanie.
Kiedyś, ktoś tam, w szkole, powiedział mi, że w Rotundzie będzie cool koncert, że zespół się nazywa Łąki Łąn, i że przebiera się za owady, i że jest super. Uwierzyłabyś? No właśnie... Ale po pierwszym koncercie Łąki Łanów, na jakim byłam, wysłałam delikwentowi SMS: "Dlaczego, do cholery, nie powiedziałeś wtedy, że są zajebiści?!".
Pójście choć raz na koncert Łąki Łan uważam za obowiązkowe zadanie domowe dla każdego. Szczególnie "dla tych, co w Krakowie". To znaczy... chciałam powiedzieć... dla tych, którzy obnoszą się ze swym wysublimowanym gustem muzycznym. A, szlag by ich trafił. Muzyka nie zawsze jest po to, żeby przeżywać raz po raz estetyczno-emocjonalne orgazmy. Podkreślam: nie zawsze! albo raczej: nie tylko! Ci, którzy twierdzą, że wznieśli się na wyżyny cywilizacyjne i wyzbyli się w sobie homo ludens... widocznie wyzbyli się też w sobie słowiańskiego sznytu. Niech żałują.
Tylko teraz nie chciałabym, żebyś pomyślała, że w Łąki Łanach chodzi o to, że wybiega na scenę sześciu wariatów, którzy wyglądają jak totalnie wychillowani mieszkańcy jakiegoś zielonego lasu... tfu... łąki i na tym cała zabawa się kończy. Nie, nie, nie. Tu się zabawa dopiero zaczyna. Po pierwsze - dostajesz godzinę pozytywnego, funkowego grania z masą energii na scenie, pod sceną, ze sceny pod scenę i spod sceny na scenę. Po pięciu minutach cała publiczność jest już kupiona, po dziesięciu co poniektórym zaczynają wyrastać z wrażenia "dodatkowe nóżki, po trzy pary z każdej strony, zielony róg na czole, a na grzbiecie chitynowy pancerzyk". Po drugie - dostajesz godzinę naprawdę niezłej muzyki. Zachęcam, polecam. No bo wiesz: Ty, co nie lubisz trawy who you wanna be? Whoyem wanna be?
Tylko teraz nie chciałabym, żebyś pomyślała, że w Łąki Łanach chodzi o to, że wybiega na scenę sześciu wariatów, którzy wyglądają jak totalnie wychillowani mieszkańcy jakiegoś zielonego lasu... tfu... łąki i na tym cała zabawa się kończy. Nie, nie, nie. Tu się zabawa dopiero zaczyna. Po pierwsze - dostajesz godzinę pozytywnego, funkowego grania z masą energii na scenie, pod sceną, ze sceny pod scenę i spod sceny na scenę. Po pięciu minutach cała publiczność jest już kupiona, po dziesięciu co poniektórym zaczynają wyrastać z wrażenia "dodatkowe nóżki, po trzy pary z każdej strony, zielony róg na czole, a na grzbiecie chitynowy pancerzyk". Po drugie - dostajesz godzinę naprawdę niezłej muzyki. Zachęcam, polecam. No bo wiesz: Ty, co nie lubisz trawy who you wanna be? Whoyem wanna be?

czyli co, rozumiem, że masz zamiar zabrać mnie na koncert? bo chyba po takiej notce, to wypada żebyś mnie zabrała..
OdpowiedzUsuńg.
Myślę, że nieprędko będzie okazja - dlatego napisałam, że o zadanie domowe :-)
OdpowiedzUsuń